Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
O autorze
RSS
środa, 28 września 2011

Gdy w celu skonfrontowania się z doświadczeniami innych laowaiów odnośnie prania ubrań w Chinach wpisałam w google zapytanie china+laundry, dowiedziałam się, że podobno w USA funkcjonuje termin "chińska pralnia". 

Jako że na początku ubiegłego stulecia chińscy imigranci w USA charakteryzowali się generalnie bardzo nikłą znajomością języka angielskiego, większość zawodów była dla nich niedostępna, w związku z czym chcąc nie chcąc zmonopolizowali niejako rynek pralni. Według Cioci, w okolicach 1900 roku jedna czwarta Chińczyków płci męskiej zamieszkujących USA trudniło się właśnie pracą w pralni, co oznaczało, że prawie 90% pracowników pralni było Chińczykami. Na początku Wielkiego Kryzysu w samym Nowym Jorku istniało około 3550 chińskich pralni.

Kiedy w 1933 w Nowym Jorku przeforsowano prawo dopuszczające do pracy w pralniach jedynie obywateli USA (prawo to przeszło dzięki poparciu białych pracujących w tym przemyśle), zawiązany został Związek Chińskich Pralni Ręcznych (Chinese Hand Laundry Alliance), którego działalność początkowo na celu miała obalenie owego nowego przepisu (który to cel osiągnięto), zaś później zajął się krytyką Chiang Kai-Sheka (Jiang Jieshi 蒋介石) i jego braku oporu przeciwko japońskiej okupacji Mandżurii. (Swoją drogą, dziesięć dni temu, w rocznicę wydarzenia, które doprowadziło do owej okupacji, obudziły mnie wyjące co kilka minut syreny. Japonio, pamiętamy :])

Mimo że teraz interes pralniczy zagarnęli ponoć Koreańczycy, termin istnieje dalej i, o ile na forum, na którym znalazłam dyskusję na ten temat nie ściemniali, w takiej "chińskiej" pralni w USA płaci się za określoną ilość prania - czyli zapewne najczęściej za objętość jednej pralki. 

Jako że moja pralka składa się z miski i wieszaczka na mokre rzeczy, stanęłam w obliczu konieczności odnalezienia chińskiej pralni, która pomogłaby mi odzyskać dostęp do jeansów i bluz - ubrań coraz bardziej niezbędnych biorąc pod uwagę coraz mniej przyjazną aurę (zastanawiam się, kto nazwał Kunming miastem wiecznej wiosny, ale chyba mu się trochę pomyliło).

Niestety, szukanie opisanej powyżej "chińskiej pralni" zakończyło się niepowodzeniem, ponieważ wszystkie pralnie w pobliżu mojego mieszkania przyjmują opłatę nie za konkretną objętość tudzież wagę prania, ale za sztukę - w zależności od typu odzieży cena jest inna. W różnych pralniach są różne stawki, cena za koszulkę z krótkim rękawkiem (czyli najniższa) waha się między 5 a 8 yuanami. Przy mojej pierwszej przygodzie z pralnią wydałam 48 yuanów za bluzę, dwie koszule, dwie pary spodni, ręcznik i bluzkę z długim rękawem, czyli nie jest to najtańszy interes. Jednakże plus jest taki, że ubrania wracają po dwóch dniach, idealnie wyprasowane i złożone. Gdyby ktoś wrażliwy chciał robić pranie w Chinach, to powinien mieć na uwadze, że pan lub pani w pralni wyciąga i ogląda dokładnie każdą sztukę odzienia, więc być może komuś takie wyciąganie i obracanie w przypadku, powiedzmy, bielizny może nie odpowiadać. 

A na zakończenie tematu uroczy utwór George'a Formby'ego pt. Chinese Laundry Blues. Wklejam linka z youtube, nie do końca wiedząc, co wklejam (sama słuchałam piosenki z last.fm, który o dziwo nie jest blokowany w Chinach, kiedy próbowałam obejrzeć go na youtube przy użyciu proxy, przez dobre dziesięć minut udało mi się dojść do czterdziestej sekundy), ale powinno być w porządku. 

sobota, 17 września 2011

Nie posiadam żadnych cech fizycznych, które sprawiałyby, żebym się w Polsce na ulicy wyróżniała. Nigdy, poza być może kilkoma wypadkami, gdy dokonałam takiego czy innego, bardziej lub mniej świadomego wyboru modowego, nie przyciągałam zbyt intensywnie spojrzeń bliźnich na ulicy. Jednakże mój fenotyp (ekhmpozatymżejestżeńskiekhm) nie odbiega od ogólnego standardu człowieka na ulicy.

To znaczy, w Polsce nie odbiega. Bo w Chinach odbiega jak najbardziej.

Na jednej ze stron poświęconych życiu laowai'ów w Chinach znalazłam określenie "biała owca w żółtym tłumie". Trochę brzydkie, ale też trochę przemawiające do mojej wyobraźni. Bo w Chinach zawsze będę się wyróżniać, tylko dlatego, że jestem biała.

Kiedy chińskie dziecko, trzy-, pięcio-, a nawet siedmioletnie, przygląda mi się z otwartą buzią, nie widzę w tym nic dziwnego. Czasem jest to nawet urocze, jak wtedy, gdy mała dziewczynka na nasz widok zatrzymała rowerek, żeby na nas popatrzeć, a potem, kiedy zniknęliśmy za krzakiem, szybko popędziła do babci, żeby jej nas pokazać gdy tylko się zza niego znów wyłonimy. Dzieci generalnie charakteryzują się tym, że dużo je dziwi i dużo się wpatrują w nieznane im rzeczy tudzież osoby, niezależnie, czy są dziećmi chińskimi, polskimi, czy nowozelandzkimi i trudno im mieć to za złe. Ale kiedy na ulicy dorosły człowiek zatrzymuje skuter, żeby się popatrzeć na przechodzącego obcokrajowca, albo kiedy ktoś z samochodu krzyczy do mnie "hello!" (bo skoro jestem biała, to z pewnością jestem z USA), albo kiedy w autobusie grupka studentek patrzy na mnie przez dobre dziesięć minut chichocząc nieśmiało, to już czuję się nieswojo.

Jak już wspomniałam, w Polsce niczym się nie wyróżniam. Nie wiem, jak to jest być nie-białym w Polsce. Przypuszczam, że też niełatwo, choć lubię wierzyć, że nawet, jeśli ktoś się na kogoś u nas gapi, to kiedy zauważy spojrzenie obserwowanego, odwróci wzrok. Wiem, że ja bym tak zrobiła, gdybym już mi się zdarzyło w kogoś bezmyślnie wślepiać. Choćby dlatego, że zdaję sobie sprawę z faktu, że moje patrzenie może oglądanego wpędzić w konsternację.

Konsternację taką czuję tutaj prawie cały czas. Mało kto odwraca wzrok, kiedy zauważy, że ja zauważyłam, niektórzy nie tylko patrzą do ostatniego momentu, ale wręcz zatrzymują się i odwracają, żeby móc popatrzeć dłużej. Na ulicy można się czasem poczuć jak jakiś celebrity. Wprawdzie w Kunmingu, w przeciwieństwie do Szanghaju, jak dotąd nikt mnie nie poprosił wspólne zdjęcie (tylko raz widziałam, jak w parku jakaś dziewczyna pstrykała mi fotkę komórką), nikt też nie oznajmił mi na razie, że jestem "very beautiful", ale spojrzenia są chyba bardziej intensywne tutaj.

I choć rasizm, który nas dotyka (poza tymi spojrzeniami), zazwyczaj ma dla nas pozytywne efekty - przyjmowanie poza kolejką w banku, milsza obsługa w restauracji, więcej uśmiechów ze strony kasjerek w sklepach - to jednak jest rasizmem. Oczywiście, że taki rasizm jest zdecydowanie łatwiejszy do przełknięcia, niż oberwanie z kija bejsbolowego, czy napisy z groźbami wysprayowane na ścianie własnego domu. Ale fakt jest taki, że pewne rzeczy spotykają nas tutaj tylko dlatego, że wyglądamy tak, a nie inaczej, a ta świadomość bardzo mnie boli. Jakakolwiek by nie była przyczyna - jakieś niezrozumiałe poczucie niższości Chińczyków wobec białych, egzotyka naszych długich nosów i jasnych oczu, czy po prostu świadomość, że być może biały ma sporo pieniędzy i dobrze by było, żeby stał sie stałym klientem (osobiście stawiam na to ostatnie) - traktowanie laowai'a jako Innego jest odczuwalne na każdym kroku.

I zawsze będzie, bo choćbym mieszkała tutaj kilka lat, trudno spodziewać się, że "przyzwyczają się". Na samym naszym osiedlu jest jakieś 30 budynków, każdy z nich ma po kilkanaście pięter, a więc mieszkań i mieszkających w nich mieszkańców musi być całkiem sporo, więc przypuszczam, że nie jest możliwym, żeby przez ten rok każdy z mieszkańców zobaczył mnie tyle razy, by móc się do mnie przyzwyczaić na tyle, by nikt się na mój widok już nie zdziwił. A co dopiero poza osiedlem.

Cóż jednak, do tego, że ludzie na ciebie patrzą bez powodu (lub z powodu, na który nie masz żadnego wpływu) można się przyzwyczaić. Gorsze dla mnie jest uczucie, którego doznaję bardzo często i którego się bardzo wstydzę. Zawsze przekonana byłam, że kolor skóry tudzież inne wrodzone czynniki wpływające na wygląd człowieka są czymś, co dla mnie nie ma żadnego znaczenia i czego wręcz nie zauważam. Ale tak jak ja jestem Inna dla Chińczyków, tak samo ja odczuwam ich jako Innych. A co gorsza, każdego mijanego białego (a także ciemnoskórego, semitę, czy jakie tam jeszcze "rasy" inne niż "rasa żółta" wyodrębniali kiedyś "naukowcy") odczuwam jako Tożsamego. Kiedy widzę nie-Chińczyka, czuję z nim jakąś - słabą, bo słabą - ale więź. Zwykle się do niego uśmiechnę (nie, żeby nie zdarzyło mi się uśmiechnąć do Chińczyka. Ale uśmiechnięcie się do Tożsamego jest niemalże odruchem), skinę głową, nawet czasem, jak Chińczyk, powiem mu "hello". Tak jak Chińczycy gapią się na białych, tak i ja to robię, lecz z odwrotnej przyczyny - Chińczycy dlatego, że jest on inny od nich, ja dlatego, że czuję, że jest on do mnie podobny. Nawet chyba nie chodzi o wygląd - jak mówiłam, uczucie to mam nie tylko w stosunku do białych, ale też w stosunku do chociażby ciemnoskórych - tylko o podobieństwo "doświadczenia" związanego z pobytem w Chinach. Czuję, że oni, tak jak ja, są tutaj obcy i to nas jakoś zbliża.

Właśnie to "my" mnie najbardziej martwi. Kiedy rozmawiam z innymi laowaiami, zawsze "my" znaczy nie-Chińczycy, a "oni" znaczy Chińczycy. "Oni" i "my" pozostają generalnie odrębni. "Oni" jeżdżą jak wariaci, "oni" się gapią, "oni" pchają się do autobusów i tak dalej, za to "u nas" jest inaczej, niezależnie, czy to "u nas" to Polska, Kanada, Węgry, czy Hiszpania. Pewnie, że nie wszystko, co mówimy i myślimy o "nich" jest negatywne, ale jednak pozostają "nimi", a nie "nami".

Naprawdę bardzo mi głupio, że mam takie poczucie odrębności, bardzo mi źle, że czuję z kimś więź tylko dlatego, że nie jest Chińczykiem. Po części mogę się przed sobą usprawiedliwiać, że czuję się wyobcowana, ponieważ jestem wyobcowywana, ale usprawiedliwianie się jest dla cieniasów.

Także tyle w kwestii użalania się nad trudami bycia białym w Chinach.

czwartek, 15 września 2011

Ostatni poniedziałek (12 września) był dniem wolnym od zajęć ze względu na chińskie Święto Środka Jesieni (中秋节). Jest to jedno z istotniejszych tradycyjnych świąt i jak większość chińskich świąt, jest oparte na kalendarzu księżycowym (po chińsku zwanym kalendarzem rolniczym, 农历). Tradycje związane z tym świętem to spotykanie się z przyjaciółmi i rodziną, oglądanie księżyca (przypada ono zawsze na pełnię), jedzenie ciasteczek księżycowych, zapalanie lampionów (czasem nazywane jest ono w związku z tym świętem lampionów, acz nie należy go mylić ze Świętem Latarni 元宵节 kończącym obchody Chińskiego Nowego Roku).

Jako że święto przedłużyło nasz weekend do trzech dni, sprzeciwiłam się przemkowym planom uczenia się do oporu i zaproponowałam własną wersję spędzania czasu, czyli odwiedzenie kilku parków. Chińskie parki są oczywiście inne, niż europejskie. Różnią się nie tylko warstwą wizualną - jeziorka zarośnięte lotosem, pawiloniki i wieżyczki w tym, co znamy jako "chiński styl", z dachami zawiniętymi w górę, pomalowane na nasycone kolory - ale też tym, co się w nich dzieje. Oczywiście, niektórzy przychodzą do parku pospacerować, posiedzieć w cieniu, czy popatrzeć na wodę, ale jest też dużo rozrywek parkowych, których próżno szukać w parku w Polsce. W wielu miejscach stoją stoliki, przy których siedzi czworo starszych ludzi łupiących w majianga (麻将, znany u nas jako mah-jong) albo w karty. W pawilonikach panowie wycinają na instrumentach (na przykład chińskich "skrzypcach" erhu), nierzadko akompaniują im przy tym wokale różnej płci (choć chyba częściej panie). Grupki starszych kobiet tańczą do muzyki płynącej z głośników, lub gdzieś w ustronnym miejscu uprawiają tai-chi. Czasem minąć można kogoś energicznie uprawiającego gimnastykę i zazwyczaj są to ludzie po pięćdziesiątce. Niektórzy przynoszą ze sobą obiad, który potem konsumują w towarzystwie znajomych i zapijają wrzątkiem z termosu (to chyba związane z medycyną chińską - picie wrzątku jest przez wielu Chińczyków uważane za istne panaceum, pamiętam, że w Szanghaju radzili mi pić wrzątek i na zapalenie krtani i na alergiczną opuchliznę na ustach, na biegunkę też radzą. Niektórzy noszą ze sobą termos z wrzątkiem cały czas). Najbardziej aktywnymi gośćmi parków zdają się być właśnie emeryci, roztańczeni, rozśpiewani, rozgimnastykowani. Poza nimi oczywiście są też ludzie z dziećmi, gdzieniegdzie jakieś zakochane pary siedzące na ławeczce - acz ten widok jest mniej powszechny, niż w Polsce. Przez pierwsze dni w Chinach Przemek i ja gorączkowo rozglądaliśmy się za mieszanymi parami chodzącymi za rękę, bo nie byliśmy pewni, czy przypadkiem nie obrażamy tutejszej moralności. O ile pary jednopłciowe są tu bardzo przytulaśne (dwaj koledzy idący objęci nie są tu niczym niecodziennym), co z kolei u nas zapewne spotkałoby się z dziwnymi spojrzeniami i posądzeniami o homoseksualizm, o tyle pary heteroseksualne zdecydowanie rzadziej niż w Europie okazują sobie czułość, choć jednak chyba moralności to nie obraża aż tak, bo się czasem zdarza. 

W sobotę poszliśmy pieszo do parku stosunkowo blisko naszego mieszkania (szliśmy jakieś pół godziny). Jako że okolica jest raczej nowa, można mniemać, że i park powstał przed kilku laty, co było trochę czuć - nie miał on tego chińskiego klimatu i choć był zadbany i rosły w nim różne ładne rośliny, to nie warto się specjalnie nad nim rozpisywać.

Na południowym zachodzie Kunmingu znajduje się bardzo rozległe jezioro Dianchi (滇池), które zajmuje aż 298 kilometrów kwadratowych, a na jego brzegach znajduje się wiele godnych odwiedzenia miejsc - świątynie, parki, góry, coś w rodzaju komercyjnej "wioski" poświęconej mniejszościom narodowym i inne takie. Ze względu na rozmiar jeziora i jego odległość od naszego mieszkania (mieszkamy w dzielnicy północnej), obejrzenie wszystkiego na pewno zajmie kilka weekendów z rzędu. Na pierwszy ogień wzięliśmy zatem najbardziej wysunięty na północ fragment nadbrzeża jeziora, czyli park Daguan (大观公园). Jest on większy i moim zdaniem ładniejszy niż umiejscowiony w centrum miasta, w pobliżu naszej uczelni - Cuihu (翠湖) - o którym za chwilę. Niestety, wstęp jest płatny - niby tylko 20 yuanów, ale zawsze coś. Próbowałam się wykpić legitymacją studencką z Polski i zapłacić o połowę mniej, ale pani w kasie popatrzyła na nią tak, jakbym sama ją narysowała i pokręciła tylko głową. Z niecierpliwością czekam na dzień, kiedy dostaniemy tutejsze legitymacje. Przy wejściu do parku na drzewach wisiały małe papierowe parasolki i jakieś gwiazdki, nie wiem, czy to normalny wystrój, czy miał może coś wspólnego ze świętem, które miało miejsce dnia następnego. Martyna śmiała się, że estetyka chińskich parków to wybetonować wszystko i fakt faktem, że utwardzonych dróg i placyków jest na pewno więcej niż trawy, choć drzew i krzaków (przede wszystkim wierzby, które dla mnie zawsze były bardzo polskimi drzewami, no i bambusy) nie brakuje. W parkach jest też zwykle dużo wody, a że mówimy o parku umiejscowionym nad największym jeziorem Kunmingu, i tu jej nie brakowało, acz znacząca jej część jest pokryta lotosami i innymi roślinami, tak, że w niektórych miejscach trzeba się przyjrzeć, żeby dostrzec faktyczną wodę. Lotosy w dużej mierze są w teraz przekwitłe, choć gdzieniegdzie widać jeszcze różowe kwiaty. Te, z których opadły już płatki, odsłaniają wnętrze przypominające mi nieco słuchawkę od prysznica, na której poutykane są ziarna. Ziarna te są zresztą istotną częścią medycyny chińskiej, dodawane są też do niektórych potraw i ciastek. Tam, gdzie zielsko nie pokrywa tafli pływają ludzie na rowerach wodnych. A żeby wszystko było ładnie i jak fengshui nakazało, w parku Daguan znajduje się też "góra". W jednym miejscu, obok najważniejszego pawilonu (大观楼), który dał parkowi nazwę, znajdują się (najprawdopodobniej spreparowane, nie wyglądały na naturalny element krajobrazu) skałki, po których można było się pokręcić i na których szczycie znajdowała się mała kapliczka z figurką jakiegoś bóstwa, buddy, czy innej boddhisatwy. Trudno wyczuć, bo nie udało mi się odcyfrować znaków nad nią. Przed figurką leżało kilka drobnych podarunków, jakieś kadzidełka i gałązki, acz najbardziej uroczą "ofiarą" były dla mnie leżące przed nią dwa (całe) papierosy. W jednej z części parku postawiono też wesołe miasteczko z kilkoma karuzelami, małymi rollercoasterami, diabelskim młynem i paroma innymi atrakcjami. Połączenie jak na mój gust dosyć kontrowersyjne, ale odległość między bardziej tradycyjną częścią, a tą z karuzelami była na tyle duża, że piekielny misz-masz wesołomiasteczkowych melodyjek nie dobiegał przez większość pobytu w Daguan do naszych uszu. Na uboczu znaleźliśmy też mały placyk, na którym znajdowały się różne przyrządy do gimnastyki, taka mini-siłownia. I ten rodzaj aktywności fizycznej okazał się być preferowany przez ludzi w wieku emerytalnym. Ogólnie w parku spędziliśmy dobrych kilka godzin. Po wyjściu postanowiliśmy pójść do jeszcze jednego parku, który zgodnie z mapą powinien być całkiem blisko, ale niestety nie udało nam się znaleźć drogi skręcającej do niego, więc pokręciwszy się po nieco slumsowo wyglądającej okolicy postanowiliśmy dać sobie spokój i wrócić do centrum, gdzie zjedliśmy obiad (ja zamówiłam przepyszcze danie z wołowiny i pomidorów), a potem pojechaliśmy do domu.

Następny dzień, poniedziałek, to Święto Środka Jesieni. Kiedy zapytaliśmy Pani Du, co ciekawego można robić w ten dzień, wzruszyła ramionami i powiedziała, że to święto spędza się z przyjaciółmi i rodziną. Jako że ani jednego, ani drugiego tu na razie nie mamy, stwierdziliśmy, że być może w parku będzie się coś działo, zwłaszcza, że zgodnie z wiedzą zaczerpniętą z wikipedii (z zajęć na temat świąt chińskich za dużo nie pamiętam), tradycją związaną z tym dniem jest wywieszanie latarnii i oglądanie księżyca. Jako że inną istotną tradycją na ten dzień jest jedzenie ciasteczek księżycowych (yuebing, 月饼), a ciasteczka podarowane nam przez uczelnię zdążyliśmy skonsumować już przed świętem, przed udaniem się do centrum zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ich ilość w pobliskim sklepie. Ciasteczka księżycowe jak dotąd są jedynym produktem około-pieczywnym w Chinach, który mi odpowiada. Są one okrągłe, czasem z wzorkami, a wewnątrz mają najróżniejsze nadzienia. Niektóre są wypełnione owocową masą lub czymś trochę przypominającym galaretkę owocową, niektóre mają słodką masę z popularnej tu bardzo czerwonej fasoli, inne mają w środku mieszankę różnych ziaren (orzechy ziemne, sezam, ziarna lotosu i tak dalej), zaś niektóre, ponoć typowo yunnańskie, są wypełnione mięsem - ale też na słodko. Choć być może to dziwnie brzmi i większość moich znajomych laowai'ów nie podziela moich preferencji, te mięsne, obok ziarnistych, są moimi zdecydowanymi faworytami. Są słodkie, acz jednocześnie słone, trochę tłuste, ale o przyjemnej fakturze. 

Cuihu tego dnia odwiedziliśmy po raz drugi - pierwszy raz poszliśmy tam jednego dnia po zajęciach. Park jest nieco mniejszy niż Daguan, lecz w przeciwieństwie do niego, wstęp jest bezpłatny. W trakcie naszej pierwszej wizyty, z głośników raz po raz wydobywał się bardzo spokojny kobiecy głos, mówiący rzeczy w stylu "proszę, nie pluj na ziemię, nie wyrzucaj śmieci do wody, nie krzycz i nie biegaj", a potem dodawał, że "potrzebny jesteś Ty, potrzebna jestem ja, potrzebna jest nasza wspólna praca, by park był przyjemnym miejscem dla wszystkich". Kojarzyło mi się to trochę z Nowym Wspaniałym Światem, albo inną anty-utopią i trochę zepsuło mi to przyjemność z siedzenia w parku.

Gdy pojechaliśmy tam wieczorem, pani mówiącej jak należy się zachowywać już nie było, za to była jarmarczna atmosfera. Trzeba zaznaczyć, że w chińskim parku momentami jest trochę jak na nadmorskim deptaku w Polsce - pełno budek, gdzie sprzedają jakieś pierdoły (brakuje tylko ciupag), mnóstwo jedzenia i picia, wiszące zabawki wydające z siebie jakieś potworne melodyjki. Oczywiście, dotyczy to zapewne tylko bardzo turystycznych parków, ale zarówno Daguan, jak i Cuihu się do takich zaliczają. W poszukiwaniu świątecznej atmosfery przeszliśmy park wzdłuż i wszerz, ale to co się tam działo nie różniło się raczej od typowego wieczoru - tutaj jakaś pani z mikrofonem śpiewała chińskie piosenki, tuż obok dwie inne panie robiły jej konkurencję tańcząc (wokół obu zebrał się pokaźny tłumek gapiów), dalej jakiś pan rzępolił na jakimś instrumencie dętym... Jedyny objaw święta, jaki udało nam się znaleźć, to dzieci niosące plastikowe lampki wygrywające jakieś melodyjki i symbolizujące chyba tradycyjne latarnie, a i to skojarzyliśmy ze świętem dopiero po jakimś czasie. Sami zatem postanowiliśmy być bardziej chińscy od Chińczyków i raz po raz siadaliśmy na ławce, by zjeść sobie ciasteczko księżycowe. Na księżyc popatrzeć nie bardzo mieliśmy jak, bo niebo było zachmurzone.

Po kilku godzinach kręcenia się po parku stwierdziliśmy, że wyjdziemy na uliczki, żeby zobaczyć sobie centrum nocą (już raz widzieliśmy, kiedy byliśmy z ludźmi z uczelni nia piwie, ale to były troszkę inne okolice, no i nie było święta) i w końcu udało mi się zdobyć coś, o czym śniłam od kiedy opuściłam Szanghaj - kaorou (烤肉), czyli mięso na patyku, upieczone na przydrożnym grillu. Przepyszna, doskonale przyprawiona, pikantna jagnięcina mnie nie zawiodła, wołowina również niczego sobie. Tutaj w Kunmingu przydrożnymi grillami operują z tego co dotychczas zauważyłam głównie przedstawiciele mniejszości narodowej Hui (回族). Niestety, choć obeszłam wieczorem okolicę mieszkania wzdłuż i wszerz, nie udało mi się znaleźć nikogo handlującego tym przysmakiem, więc najpewniej delektować się nim dane mi będzie tylko gdy wieczór spędzać będę na mieście, gdyż to wtedy właśnie grille pojawiają się na chodnikach.

Uszczęśliwiona mięsem na patyku wróciłam do domu (nie bez przygód, bo, być może z powodu święta, a być może po prostu z powodu burdelu, jakim jest tutejsza komunikacja miejska, autobus udało mi się złapać dopiero po około pół godziny stania na przystanku - dwa, które przejechały w międzyczasie nawet nie otworzyły drzwi, takie były zatłoczone. O komunikacji miejskiej jednak kiedy indziej), gdzie z Przemkiem usiedliśmy sobie jeszcze na ławeczce na osiedlu i konsumując ostatnie ciasteczka popatrzyliśmy na księżyc, który w końcu wyłonił się zza chmur. 

Dzisiaj, jako że jestem po obfitym posiłku, trochę o jedzeniu. Posiłki serwowane w Kunmingu zdecydowanie różnią się od tego, co jadłam w Szanghaju. Tam w restauracji królowały różnego rodzaju pierożki i kluski i od czasu do czasu makarony, tutaj zajadam się przede wszystkim ryżem. Dopiero w Kunmingu zrozumiałam, dlaczego Chińczycy tak bardzo narzekają na polski ryż - po tym, co serwowali na naszym obozie byłam przekonana, że ryż w Polsce jest smaczniejszy, niż ten w Chinach, ale widać nasi "pracodawcy" nawet na tym podstawowym produkcie oszczędzali. Tutaj w restauracjach można zjeść ryż podany na wiele sposobów - ryż w gęstym sosie (烩饭), ryż obok dodatki (mięso, warzywa i inne - wybór zazwyczaj bardzo szeroki) (盖饭), ryż w zupie (泡饭), i mój przeulubiony smażony ryż (炒饭). Oczywiście, nie jemy samego ryżu, więc potrawy, które zamawiamy to na przykład smażony ryż z kawałkami wołowiny i zieloną papryką (青椒牛肉炒饭); smażony ryż z jajkiem i pomidorem (番茄鸡蛋炒饭) i tak dalej. Kiedy pierwszy raz zamawiałam smażony ryż (zamówiłam go tylko dlatego, że innych znaków stojących przed słowem ryż nie znałam, więc nie byłam pewna, co dostanę), myślałam, że wyjem tylko mięso i warzywa, a ryż zostawię, bo kto to widział zjeść cały talerz ryżu! Ale kiedy już go spróbowałam, jasnym było, że nie ma szans, żeby coś zostało. Nie wiem, czy to ryż sam w sobie, czy przyprawy, które do niego dodają (z pewnością jest tam glutaminian sodu, narodowa przyprawa Chin), ale jest on przepyszny i całkowicie inny niż ten, który jemy w Polsce. 

Na początku znaleźliśmy z Przemkiem restaurację wyglądającą na bardzo czystą i porządną, tam tez jedliśmy przez pierwszych kilka dni. Jedzenie nie było złe, acz szału nie robiło. Jednakże trochę się baliśmy wchodzić do wyglądających typowo po chińsku restauracyjek, więc twardo obstawaliśmy przy naszym pierwszym wyborze. Ale po drugich zajęciach Martyna zabrała nas do takiej właśnie, nieco obskurnie wyglądającej restauracji, gdzie zamówiłam sobie właśnie smażony ryż z mięsem i papryką, no i nie było już odwrotu - zmieniliśmy zachodnio wyglądającą, lśniącą czystością restaurację na typowo chińskie jadłodajnie i ze zmiany tej jesteśmy (no, może ja jestem, bo Przemek niestety miał trochę pecha do potraw i zamawiał sobie na czuja nie zawsze odpowiadające mu dania) bardzo zadowoleni. Wczoraj zapisałam sobie w zeszyciku nazwy większości potraw serwowanych w "naszej" restauracji i potłumaczyłam sobie te, których nie rozumieliśmy, żeby nie trafić na coś paskudnego. I faktycznie, zdarzają się pozycje takie jak jelito świni serwowane ze świńską krwią (肠旺), smażony ryż ze świńskimi uszami (猪耳朵炒饭), albo "tysiącletnie jaja" (皮蛋). Choć nie wykluczam, że być może kiedyś czegoś z powyższych propozycji skosztuję, na razie wolałabym na to nie trafić. Ceny kształtują się między 5 yuanami za przekąski a 8-12 yuanami za normalny posiłek.

Dzisiaj z kolei stwierdziłam, że trochę głupio, że w naszej grupie biali (to znaczy my dwoje, Martyna i Vincent) robią wszystko razem, a Changshan (Japończyk) zazwyczaj z się z nami nie trzyma, więc rzuciłam pomysł, żebyśmy tym razem poszli na obiad wszyscy razem. Po drodze spotkaliśmy jeszcze trójkę znajomych (Kamila i Gosię z Polski i jednego Węgra, którego imienia niestety nie pomnę) i wybraliśmy się do trochę bardziej wypasionej restauracji, niż te, w których jada się na co dzień. W tego typu miejscach zamawia się nie każdy sobie, tylko zgodnie z chińskim zwyczajem, zamawia się kilka potraw (tradycyjnie o jedną więcej, niż jest osób przy stole, acz my, na przekór zwyczajowi zamówiliśmy potraw siedem), które ustawiane są na szklanej, obracanej podstawie stojącej na środku stołu, tak, że każdy z gości może w dowolnym momencie obrócić do siebie interesujące go danie i nałożyć go sobie na talerz. Zamówiliśmy więc kurczaka gongbao (宫爆鸡丁, za trzecim razem w końsu trafiłam na orzeszki ziemne!), paski mięsa w lekko słodkim sosie, mięso zawinięte w naleśnik (Przemek był szczególnie zachwycony tą potrawą), mięso z kluskami na ostro, jakieś warzywa, które nie mam pojęcia, jak się nazywają, sałatkę z kiełków soi i najpyszniejszą rzecz na świecie - suszoną wołowinę z ostrą papryką i sezamem (ganba, 干巴). Bardzo się bałam tej suszonej wołowiny, bo idea suszonego mięsa (zwłaszcza, że przed wieloma lokalami suszy się ono normalnie, na słońcu) była mi trochę obca, ale okazało się, że odnalazłam nowe ulubione jedzenie. 

Jeśli chodzi o śniadania i kolacje, to jadamy głównie owoce. Niestety, koło naszego mieszkania w sklepach z owocami jest odrobinę drożej, niż w tych koło uczelni, to i tak nie jest źle - choć trzeba uważać, bo niektóre ceny są zaskakująco wysokie, na przykład pomarańcze kosztują w okolicach 20 yuanów (czyli ok. 10 zł) za kilo, a duże winogrona i po 30 yuanów. Natomiast kilogram jabłek można dostać już za 3 yuany, granaty i banany też są stosunkowo tanie, więc granatami zajadam się niemal codziennie. 

Na piątek zostaliśmy zaporoszeni przez naszą "opiekunkę roku" na obiad. Tutaj w zwyczaju jest, że osoba zapraszająca płaci za wszystkich gości, aczkolwiek w dobrym tonie jest, by zaproszone osoby się odwdzięczyły tym samym. Wszyscy Europejczycy mają z tym trochę problem, mi tez jest głupio, kiedy jedna osoba płaci 200 yuanów, zamiast, tak jak u nas, podzielić się po równo, ale Chińczycy mogą się obrazić, jeśli nie pozwolisz im zapłacić. Zostaje więc tylko zaprosić zapraszającego i samemu zapłacić za wszystko. Póki co, to chyba tyle, jeśli chodzi o jedzenie.

Dziś kolejny pracowity dzień. Obudziliśmy się dość wcześnie (no dobrze, Przemek się obudził i po licznych próbach udało mu się wykopać mnie ze świata snów). Jako że oboje dopiero w Chinach zorientowaliśmy się, że na papierach z uczelni jest dopisek, iż należy stawić się z dziesięcioma zdjęciami paszportowymi, pierwszym, co załatwiliśmy były właśnie zdjęcia. Potem postanowiliśmy pojechać na uniwersytet. Najpierw zapytaliśmy o drogę pani w salonie fotograficznym, a kiedy okazało się, że nie jest pewna, zadzwoniła gdzieś - chyba na jakąś informację - i zdobyła dla nas numer telefonu uczelni. Potem postanowiliśmy, że w autobusach zorientujemy się, kiedy już czas nie będzie nas gonił i wzięliśmy taksówkę. Taksówkarz zabił nam ćwieka, pytając do której części naszej uczelni chcemy się dowiedzieć. Pokazaliśmy mu wszystkie papiery, które uczelnia nam przesłała, a kiedy i to nie wystarczyło, pan zadzwonił z telefonu Przemka na numer zdobyty przez panią fotograf i w końcu udało się ustalić, gdzie dokładnie chcemy trafić. Uniwersytet okazał się być nieco dalej, niż zakładałam (to, co znalazłam na mapie, okazało się być innym wydziałem), ale też nie jest to jakaś szalona odległość. Kiedy wpłynie stypendium planuję kupić rower. Na razie jednak będziemy jeździć autobusem (numer 84, około 17 jechaliśmy do domu niecałe pół godziny). Uniwersytet znajduje się w zasadzie w ścisłym centrum miasta, ale dziś jeszcze nie obeszliśmy za bardzo okolic, ponieważ załatwianie spraw i rejestracja zajęła nam dosyć dużo czasu, zwłaszcza, że trafiliśmy akurat na przerwę i musieliśmy godzinę czekać (a w czasie tej godziny ja byłam zbyt zestresowana, żeby chcieć cokolwiek obchodzić) i po wszystkim byliśmy trochę zmęczeni. Okazało się też, że jednak nie będę studiować językoznawstwa, tylko, tak jak Przemek, będę chodziła na kurs językowy. Dzięki tej pomyłce w papierach jednak upiekł mi się test językowy przypisujący do grup zaawansowania, gdyż, kiedy już jedna z pań przyjmujących nasze papiery zorientowała się, że coś jest nie tak i ja tu jestem na rok, a nie na cztery (czas trwania studiów licencjackich), Przemek był już po teście i pani uznała, że skoro byliśmy na tym samym roku, to z pewnością nasz poziom jest taki sam. A zatem jesteśmy w grupie przed-zaawansowanej (czyli piątym poziomie z sześciu) i teraz Przemka będę widzieć 24h/dzień. Dostaliśmy też plan zajęć (mamy maksymalnie 3 godziny zajęć dziennie, a czwartek wolny - aczkolwiek planujemy wziąć też dodatkowe zajęcia, Przemek chce chodzić na kung-fu, a ja na malowanie albo flet) oraz komplet podręczników (za nie akurat musieliśmy zapłacić po 146 yuanów na łeb). Wieczorem poszliśmy jeszcze na obiadokolację i kupiliśmy sobie kurczaka gongbao (宫爆鸡丁), który z kurczakiem gongbao, którego jadłam dotychczas, czy to w Polsce, czy w Pekinie, miał wspólne tylko to, że był tam kurczak. Niemniej jednak, był całkiem smaczny.

15:21, oldziekill
Link Dodaj komentarz »

Kolejny dzień w Kunmingu, tym razem zdecydowanie pozytywniejszy, choć bardzo męczący. Wieczorem umówiliśmy się, że budzimy się o 8:00 i zaczynamy intensywne załatwianie spraw. W internecie wyszukaliśmy kilka ofert mieszkań, które wydawały się zarówno fajne, jak i nie za drogie. Najbardziej spodobało nam się jedno za 1800 yuanów miesięcznie, w dzielnicy położonej blisko uczelni, ale wypisaliśmy jeszcze kilka ofert w jego pobliżu z zamiarem pojechania na ulicę, gdzie się mieściły i dzwonienia po agentach. Zanim jednak to nastąpiło, postanowiliśmy pojechać na lotnisko skontrolować, czy wiadomo cokolwiek na temat naszego bagażu. Po śniadaniu zjedzonym w małej budce specjalizującej się w kluskach i innych pierożkach ruszyliśmy na lotnisko, gdzie udało nam się dowiedzieć, że bagaż powinien być o 16:00. Jako że było jeszcze w miarę wcześnie, pojechaliśmy na Xiaokang Dadao (小康大道) i rozpoczęliśmy łowy. Pierwszy z agentów nie odbierał, z drugim, tym od mieszkania za 1800, udało nam się po drobnych perypetiach umówić. Powiedzieliśmy, gdzie jesteśmy i dwaj panowie podjechali po nas na skuterach i zabrali do biura. Po chwili szukania oferty, pan wziął nas do mieszkania - nie było to to samo, które widzieliśmy w internecie, ale warunki były podobne: salon w pełni umeblowany, kuchnia też, dwa małe pokoiki z materacem.

Tutaj dostrzegłam też pewną różnicę kulturową - nie wiem, czy to my mieliśmy pecha, czy Chińczycy nie zwracają na to uwagi, ale mieszkania, które oglądaliśmy były po prostu brudne, tak jakby wynajemcy w ogóle nie zależało na pierwszym wrażeniu. Nie jakiś tragiczny syf, ale jednak brudne podłogi, jakieś drobne śmieci na meblach, ogólnie mieszkanie do gruntownego pucowania po wprowadzeniu. Tak czy siak, braliśmy już pod uwagę wynajęcie tego mieszkania, kiedy na przeszkodzie stanęła kolejna różnica kulturowa - lub może wymóg dzielnicy, po której się obracaliśmy (ciężko powiedzieć, bo w innych dzielnicach nie szukaliśmy). Okazało się, że po prostu nie ma mieszkań, za które można płacić czynsz co miesiąc - należy zapłacić co najmniej za pół roku z góry, i to i tak zazwyczaj podnosiło cenę czynszu w stosunku do sytuacji, w której zapłaciłoby się za rok z góry. Ponadto, pan nie powiedział nam, że mieszkanie, do którego nas przyprowadził, choć jest z grubsza takie, jak to znalezione w internecie, kosztuje nie 1800, a 2000. Po pierwsze poczułam się oburzona faktem, że powiedział nam to dopiero pod koniec, a po drugie nie było szans, żebyśmy byli w stanie zapłacić 12000 yuanów z góry.

Okazało się jednak, że w tej okolicy różnych agencji oferujących mieszkań jest więcej niż czegokolwiek innego. Mniej więcej co piąta witryna zaprasza ofertami mieszkań, czy to do wynajęcia, czy do kupienia, a czasem agencje nawet ze sobą bezpośrednio sąsiadują. Nie oznacza to jednak, że łatwo nam było znaleźć coś w granicach naszych możliwości (przy założeniu, że zapłacić będziemy musieli za 6 miesięcy z góry). Po skomplikowanych operacjach matematycznych wyliczyliśmy, że 1500 miesięcznie to absolutne maksimum, które chcemy zapłacić, ale postanowiliśmy najpierw pytać o oferty w granicach 1100 yuanów, a potem ewentualnie iść w górę. Myślę, że złaziliśmy pół dzielnicy, czasem krążąc między dość oddalonymi od siebie agencjami, bo tu akurat pani już nie miała ofert, które nas interesowały, ale jej kolega miał (nie miał, wynajął komuś tuż przed naszym przyjściem).

Kiedy już byliśmy na granicy rezygnacji, a agencje na skraju godzin otwarcia, weszliśmy do jeszcze jednego biura. I oto! Jest kawalerka za 1000 yuanów, na strzeżonym osiedlu, z umeblowaną kuchnią i łazienką. Pokój w panelach, reszta w kaflach, ściany czyste. Mieszkanie jest na dziesiątym piętrze. Z korytarza wchodzi się do połączonego z pokojem korytarzyka, gdzie niemal pod samym sufitem wisi kilka szafek. Na lewo wchodzi się do łazienki. Nie jest ona duża, ale wszystko, co potrzebne jest. Drobną wadą jest fakt iż toaleta jest na modłę chińską - czyli dziura w podłodze. Pełni ona jednocześnie funkcję odpływu dla prysznica. Jakkolwiek jednak źle by to nie brzmiało, nie jest to coś, do czego nie możnaby się przyzwyczaić. Pokój jest, jak na mój gust, dosyć spory. Po drugiej jego stronie w stosunku do korytarza są szklane drzwi prowadzące na balkon - tak naprawdę trudno to nazwać balkonem, ale nie mam pomysłu, jak inaczej to pomieszczenie nazwać. Jest to przejściowy korytarz, z którego wchodzi się do kuchni i w którym znajduje się okno zajmujące większą część ściany. No a kuchnia jak kuchnia, szafki i zlew. Mieszkanie, podobnie jak poprzednie, zostawione było do poważnego wymycia, ale nie to było dla nas priorytetem. Poczekaliśmy sobie w biurze na właścicieli mieszkania, a po podpisaniu umowy (co najbardziej mnie zdziwiło, to fakt, że przy podpisaniu umowy trzeba było postawić odcisk palca na swoim nazwisku) pojechaliśmy jeszcze raz na lotnisko i już z bagażami się wprowadziliśmy.

Jako że wszystkie powierzchnie płaskie były bardzo zakurzone, a my nie mieliśmy łóżka, pierwszy wieczór spędziliśmy głównie na sprzątaniu łazienki oraz fragmentu pokoju, gdzie postanowiliśmy zrobić sobie prowizoryczne "łóżko" z ubrań i ręczników (było zbyt późno, by kupić materac, czy jakiś koc, pootwierane były już tylko pojedyncze sklepy). Noc spędzona na swetrach i kurtkach jakoś minęła, ale pierwszym co zrobiliśmy następnego dnia było wyruszenie na poszukiwania materaca i kołdry. Niestety, szybko okazało się, że żadne z nas nie ma wystarczającego słownictwa, żeby wytłumaczyć, czego dokładnie potrzebujemy, więc w sklepach z pościelą spędziliśmy sporo czasu, trochę opisując, trochę pokazując na migi, o co nam chodzi. Niemniej jednak wszędzie, gdzie byliśmy, słyszeliśmy, że rewelacyjnie mówimy po chińsku. Jedna z pań, kiedy tylko weszliśmy, stwierdziła "o, Rosjanie". Ja uważam, że to dlatego, że zapewne polski brzmi bardzo podobnie do ruskiego, zwłaszcza, gdy się żadnego z tych języków nie zna, Przemek mówi, że to na pewno przez moją urodę.

Jakkolwiek by nie było, udało nam się zdobyć materac, kołdrę i kocyk. Kupiliśmy też parę innych rzeczy, wymieniliśmy resztę dolarów (kolejne pół godziny spędzone w banku, ponieważ w Chinach, aby wymienić obcą walutę trzeba pójść do banku, koniecznie z paszportem, podać w zasadzie wszystkie możliwe dane i bardzo długo czekać, aż pani w okienku upora się z papierkową robotą), a potem, pokręciwszy się po okolicy, wróciliśmy na wieczór do mieszkania i kontynuowaliśmy sprzątanie. Tym razem łazienkę i pokój doprowadziliśmy do zupełnej czystości, częściowo urządziliśmy pokój (to znaczy rozłożyliśmy materac), ale znów zrobiło się późno i kuchnia z "balkonem" zostały na kolejne dni. Na razie jednak nie mieliśmy potrzeby korzystania z owych pomieszczeń, zwłaszcza, że nawet gdybyśmy mieli kaprys gotowania, to póki nie wpłynie stypendium nie mamy na czym - potem być może zakupimy kuchenkę elektryczną i jakąś małą lodówkę, ale na razie nie są to artykuły pierwszej potrzeby.

Trzeci dzień w naszym mieszkaniu spędziliśmy mało produktywnie, postanowiliśmy bowiem odpocząć po dwóch dniach biegania, jeżdżenia, załatwiania i sprzątania. Oglądaliśmy tylko seriale, a wieczorem poszliśmy na późny obiad - oboje, za moją sugestią, uraczyliśmy się huntun (馄饨 w Europie i USA znanymi z kantońskiego jako won-ton), czyli pływającymi w rosole pierożkami nadziewanymi mięsem. Na wieczór kupiliśmy też sobie po jednym piwie, z Harbinu, miasta, z którego pochodzi Pani Qin. Smakowało jak woda, ale niczego innego się nie spodziewałam. Na następny dzień zaplanowaliśmy znów załatwianie spraw - najważniejszą z nich jest zarejestrowanie się na uczelni, co wiąże się też z koniecznością znalezienia prowadzącej tam drogi. Poza tym, musimy też zarejestrować się na policji, załatwić sobie internet do mieszkania.

15:20, oldziekill
Link Dodaj komentarz »

No więc dotarłam do Kunmingu. Jesteśmy w hostelu, niestety, nie udało nam się zarezerwować pokoju przez internet (wyskakiwały jakieś błędy) i w efekcie ja jestem w pokoju 6-osobowym koedukacyjnym, a Przemek w 10-osobowym, jak wyżej. No ale życie. Jutro może jak rano pójdziemy zapytać, czy ktoś się wymeldował, to się coś znajdzie innego, a w międzyczasie będziemy też intensywnie szukać mieszkania. 

Niestety, nie mamy naszego bagażu. Nie jestem pewna, czy dobrze zrozumiałam panią z lotniska, do której nas z tą sprawą skierowano, bo potwornie dukała po angielsku, a jak się przestawiliśmy na chiński to zaczęła nawijać jak katarynka. No a poza tym, treść tego, co mówiła też była trudna do ogarnięcia. Z tego co zrozumiałam pół godzinie gadania z nią, pani z LOTu w Warszawie źle nam powiedziała, że nasz bagaż jest nadany do Kunmingu i nie musimy się nim przejmować, a jedyne co musimy w Pekinie załatwić, to karty pokładowe. Otóż najwyraźniej, ponieważ nasz bagaż jest "międzynarodowy", nie mogliśmy oczekiwać, że na lotnisku w Pekinie zostanie on przesłany do Kunmingu, tylko powinniśmy go byli odebrać normalnie z taśmy i pójść z nim do następnej odprawy, tym razem niemiędzynarodowej. I teraz przewoźnik ostatniego lotu musi się dogadać z przewoźnikiem drugiego lotu, żeby ten bagaż w ogóle zdobyć. Staram się wczuć w system myślenia, w którym to, co napisałam, ma sens, ale bardzo mi trudno. Tak, czy siak, pani na lotnisku zadzwoniła do Pekinu i w zasadzie to wszystko, co wiem. Nie umiała mi wyjaśnić, czy i kiedy bagaż trafi do Kunmingu, czy w ogóle ktoś go tam widział i jak mam go odebrać. Podała mi numer telefonu do kogoś z Hainan Airlines (tego, którym lecieliśmy do Kunmingu) - jeszcze nie dzwoniliśmy, bo jest już za późno, żeby kupić chińską kartę sim - ale kiedy zapytaliśmy, o co w ogóle mamy pytać tę osobę, to też nie umiała wytłumaczyć. Po prostu, mamy zadzwonić i może się czegoś dowiemy, a może nie. Do niej też mamy jeszcze dzwonić (planujemy tam po prostu jutro jechać) i zobaczymy. Także jestem trochę zdenerwowana, aczkolwiek Przemek mówi, że na pewno wszystko się ułoży i będziemy na to w przyszłości patrzeć jak na przygodę i się z tego śmiać. Ja wiem, że przyszłość, w której się będę w stanie śmiać z tego nie nastąpi pewnie szybciej, niż za pół roku. Mam nadzieję, że przyszłość, w której odzyskam swoje rzeczy nastąpi szybciej niż pół roku, ale nie wiadomo. Może bagaż będzie jutro, może za tydzień. Jak pytałam pani na lotnisku (od zagubionego bagażu, do jasnej anielki!) to powiedziała, że ona nie pracuje w Hainan Airlines, wiec nie wie. No komedia. 

Ale ogólnie loty przebiegły bez innych problemów. Jesteśmy trochę zmęczeni (tutaj jest teraz koło 22:00, więc w sumie jak pójdę w kimę to nawet fajnie, bo może się przyzwyczaję do tutejszej strefy czasowej), mimo że przysypialiśmy nieco na w zasadzie każdym samolocie. Poza wyjściem po drobne zakupy - ręcznik, pastę do zębów itp, nie połaziliśmy na razie po okolicy. ale jutro, przy okazji załatwienia wszystkiego, co jest do załatwienia, pewnie połazimy, po czym postaram się napisać weselszą relację z drugiego dnia roku w Chinach. 

15:16, oldziekill
Link Dodaj komentarz »

Jestem polską studentką od pierwszego września 2011 uczącą się na Yunnan Normal University (云南师范大学) w stolicy Yunnanu, Kunmingu. A to jest mój blog, na którym mniej lub bardziej systematycznie (jak znam siebie, to mniej) umieszczać zamierzam wrażenia laowaia (老外, chińskie potoczne określenie na obcokrajowca, które towarzyszy nam na każdym kroku) z pobytu w Państwie Środka, krainie, nad którą zawsze świeci słońce, a lud żyje w dobrobycie. Czy coś. 

To chyba tyle tytułem wstępu. Za chwilę hurtowo dodam kilka notatek, które powstały w czasach, gdy byłam odcięta od internetu.

Tagi: Wstęp
15:09, oldziekill
Link Dodaj komentarz »