Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
O autorze
RSS
środa, 28 grudnia 2011
Zbieram się i zbieram do napisania czegoś o świętach jeszcze od przed świętami, ale jakoś się rozleniwiłam i mi nie idzie. No ale czas się wziąć, bo za kilka dni nie będzie już trzeba gotować coś o Nowym Roku.
czwartek, 08 grudnia 2011
Mimo że osiedle na którym mieszkamy wygląda na stosunkowo nowe (jedna ze stron internetowych, na których szukałam dokładnej daty oddania do użytku mówi, że 2006 rok), to jednak zaskakująco często coś się w nim sypie. Mieszkamy tu ledwie trzy miesiące, a z pięciu rurek, które mamy w łazience pozostała tylko jedna, która dotąd nie przeciekała, w kuchni wygląda to lepiej tylko dlatego, że są tam tylko dwie rurki prowadzące wodę do zlewu (i póki co przeciekała tylko jedna z nich).
piątek, 25 listopada 2011
Wczoraj był całkiem pracowity dzień. Czwartki nasza grupa ma wolne od zajęć, więc z Martyną i Dawidem postanowiliśmy to wolne trochę wykorzystać. A że nie jestem jedyną osobą, która zwiedziona określeniem "Miasto Wiecznej Wiosny" wzięłam z ojczyzny trochę za mało bluz i takich tam cieplejszych nieco ciuchów, postanowiliśmy pójść na ubraniowe zakupy.
środa, 23 listopada 2011
Może jestem trochę przewrażliwiona, ale jeżdżąc autobusami po Kunmingu czuję się wręcz bombardowana reklamami klinik chirurgii plastycznej. Reklamy oznajmiają, że kobiety powinny w końcu nauczyć się o siebie dbać (女人要学会宠爱自己!), raz każą mi powiększyć sobie oczy, kiedy indziej pozbyć się owłosienia na całym ciele (slogan: "让女人不再“毛手毛脚”", czyli "pozwala kobiecie nie mieć już futrzastych nóg i rąk"), potem uroczym zdjęciem proponują powiększenie mojego biustu.
czwartek, 10 listopada 2011
Jak już napomknęłam, moje migdałki zostały zaatakowane przez obce formy życia, które najwyraźniej postanowiły założyć nową cywilizację i nie wzruszają ich moje informacje o natychmiastowym nakazie eksmisji. Jako osoba bardzo sceptycznie nastawiona do medycyny chińskiej, w poniedziałek, kiedy odkryłam, że najprawdopodobniej padłam ofiarą anginy, postanowiłam, że prędzej zrobię sobie tonsillektomię scyzorykiem, niż dam sobie wcisnąć proszek z tygrysiego penisa czy inne bańki.
wtorek, 08 listopada 2011
Dlaczego zaczynam od Mosuo? Jest kilka przyczyn. Najprostsza to taka, że zdarzyło mi się popełnić niegdyś pracę semestralną na temat tej narodowości i najpotrzebniejsze dane mam zapisane zarówno na dysku jak i w zakładkach. Po drugie, Mosuo określani są jako jedna z niewielu matriarchalnych społeczności współczesnego świata, co czyni ich społecznością bardzo interesującą, ale też padającą ofiarą wielu stereotypów i krzywdzących mitów. No i moim wielkim, jak na razie jeszcze niespełnionym, marzeniem jest udać się kiedyś w okolice zamieszkałe przez Mosuo, by na własne oczy zobaczyć, jak tak naprawdę wygląda tamtejsze życie. Nie odczuwam aż tak silnego zainteresowania innymi Yunnańskimi mniejszościami (pewnie wynika to z dużo mniejszej wiedzy na ich temat), więc oczywiście, że Mosuo idą na pierwszy ogień!

Nuda, Panie, w państwie chińskim. A że jestem przeziębiona i z racji dużej ilości wolnego czasu głównie szwędam się po różnych blogaskach, stwierdziłam, że może dorzucę coś do własnego, żeby jakby komuś się nudziło tak jak mi, to mógł się tu przyszwędać i przeczytać coś nowego. 

No i tak dumając, cóżby tu stworzyć (emo relację z chińskiej komunikacji miejskiej? Emo na temat cenzury internetu? Emo o tym, jak tęsknię za razowym chlebem?)*, doszłam do wniosku, że trzeba dodać merytorycznego kontentu do blogaska. W końcu jestem tym pół-sinologiem już nie aż tak in-spe!

A że Yunnan znany jest głównie z tego, że jest taka herbata i że jest dużo mniejszości narodowych, to jako niezbyt zapalona niezbyt wielbicielka herbaty postanowiłam zająć się mniejszościami właśnie. 


Żaden porządny cykl blogaskowy nie może się obyć bez "tytułem wstępu" (tak myślę. W sumie to nie czytałam aż tak wielu cykli blogaskowych. Ale porządek musi być, 对不对?), to na początek trochę wiadomości o mniejszościach narodowych w Chinach ogółem.

Większością są, jak zapewne czytelnikowi wiadomo, Hanowie (汉族), którzy według cenzusu z 2010 roku (zh) stanowią 91,51% populacji Chińskiej Republiki Ludowej. Pozotawia to 8,49% populacji - czyli po przeliczeniu na liczby, które mówią nam coś więcej, jakieś 114 milionów ludzi - należącej do różnych nie-hanowskich grup etnicznych.


Choć według danych zebranych podczas cenzusu w 1964 liczba narodowości, do których przynależność deklarowali ankietowani przekroczyła 180 (link-zh link-eng) , ChRL za stosowne uznała zmniejszenie tej niebotycznej liczby do 54 (plus Han, w 1979 liczba rozpoznawanych mniejszości zwiększyła się o Jinu /基诺/).
Co z pozostałymi? Niektóre z nich zostały uznane ze część tych oficjalnych 54/55 (czyli, na przykład, Mosuo /摩梭/ są uznawani za Naxi /纳西/, Szerpowie /夏尔巴/ za Tybetańczyków /藏族/, a Aynu /艾努/  - nie mylić z TYMI Ajnami /阿伊努/ ;-) - za Ujgurów /维吾尔/, z którymi zresztą się za bardzo nie lubią), niektóre (w tym na przykład Żydzi /犹太/ czy Yamato /大和/) są mniejszościami "niesklasyfikowanymi" (未识别民族, "niesklasyfikowanych" obywateli jest ponad 700k), a reszta... No, nie wiadomo, co z resztą. 


Nie znalazłam online szczegółowych danych na temat populacji poszczególnych prowincji wybadanych w 2010, więc posłużę się danymi z 2000 roku, kiedy to mniejszości narodowe stanowiły 33,41% ogólnej populacji Yunnanu. Jako że w skali kraju wzrost liczby ludności nie-hanowskiej postępuje szybciej, niż wzrost liczby ludności hanowskiej (polityka jednego dziecka jest mniej restrykcyjna w stosunku do mniejszości), najprawdopodobniej stosunek ten przesunął się nieco na korzyść mniejszości. W 1990 roku doliczono się w Yunnanie przedstawicieli aż 51 mniejszości narodowych (link-eng link-eng) , z czego ludność dwudziestu pięciu przekracza(ła) 5000. Nowsze statystyki na ten temat są dla mnie w tej chwili nieznajdowalne, ale jak już się wychoruję i w ogóle to założę sobię tę kartę biblioteczną i sprawdzę, czy istnieją jakieś papierowe publikacje z nowszymi danymi. 


Także tyle tytułem wstępu. Na pierwszy ogień wzięta zostanie - a jakże! - nieuznawana oficjalnie mniejszość Mosuo (która według ChRL jest częścią mniejszości Naxi). Zapraszam niedługo ;-)

 


* Nie lękaj się Czytelniku, wszystkie te emo już wkrótce w Twoim domu!

 

niedziela, 30 października 2011
Trudno powiedzieć, żeby ogarniała mnie jakaś szalona nostalgia na myśl o czasie, który spędziłam w bydgoskim oddziale NFZ czekając w kolejce ludzi, którzy podobnie jak ja pragnęli wyrobić sobie europejską kartę ubezpieczeniową. Ale o ile polskie urzędy są wyjątkowo upierdliwe i wizyty w nich przeciągają się nieraz godzinami, to załatwianie spraw w Chinach wydaje mi się jeszcze bardziej upierdliwe. Oczywiście mogę być nieco tendencyjna, ale odnoszę wrażenie, że przy ilości biurokratycznych obrządków, przez które musiałam przebrnąć - zwłaszcza przez pierwszy miesiąc pobytu tutaj - oraz konieczności biegania w tę i z powrotem z absolutnie niezrozumiałych dla mnie powodów, polskie urzędy i moje z nimi negatywne doświadczenia to mały pikuś.
wtorek, 18 października 2011

Żyła sobie kiedyś w Yunnanie pani o imieniu Li A (李阿), która posiadała czarnego byka. Pewnego razu ów byk przepadł gdzieś, a że to był całkiem niezły byk, jego właścicielka postanowiła go poszukać. I znalazła go, pijącego wodę ze studni. Jak dokładnie byk może pić wodę ze studni nie do końca umiem sobie wyobrazić, a legendy są dosyć niejednoznaczne w tej kwestii. Tak czy inaczej, jako że byk musiał przejść spory kawałek do tej studni, właścicielka pomyślała, że chyba woda w niej musi być jakaś specjalna. No i faktycznie, okazała się być słona. Najwyraźniej nikt przed bykiem tego nie zauważył, bo dopiero wtedy we wiosce nazwanej na cześć genialnego byka Solną Studnią Czarnego Byka (黑牛盐井) rozpoczęła się produkcja soli.

Dziś miejscowość ta nazywa się Heijing (黑井 - Czarna Studnia). Jako że wąskie uliczki i doskonale zachowane budynki są żywcem wyjęte z czasów dynastii Ming i Qing, dziś mogący się pochwalić tysiącletnią historią Heijing otrzymał status starego miasteczka (黑井古镇) - podobnie jak Stare Miasto w Dali. Jednakże, w przeciwieństwie do Dali i Lijiangu (丽江 - inne znane stare miasto w Yunnanie), nie jest jeszcze aż tak popularny wśród turystów, w związku z czym można tam doświadczyć prawdziwego, chińskiego klimatu. Gdyby nie znaki wypisane na niektórych domostwach, oznajmiające, że wewnątrz są pokoje do wynajęcia, trudno byłoby się domyślić, że turyści w ogóle zapuszczają się do tej otoczonej wysokimi górami miejscowości. 

W Heijingu zatrzymują się tylko dwa pociągi dziennie - jeden z Kunmingu do znajdującego się w Sichuanie Panzhihua, drugi zaś - z Panzhihua do Kunmingu. Choć Heijing jest zdecydowanie bliżej Kunmingu, niż Dali, jedzie się tam z grubsza równie długo - tyle, że w dzień i siedząc, a nie leżąc. Pociąg ów zatrzymuje się bowiem na każdej możliwej stacji - a jest ich po drodze sporo - a na domiar złego, na wielu z nich stoi po dobre 15-20 minut, przez co te 180 kilometrów pokonuje się przez dobrych sześć-siedem godzin. Jednakże jest to męczarnia, przez którą warto przejść, ponieważ Heijing jest doprawdy malowniczym miejscem.

Piękny jest zarówno naturalny krajobraz, jak i ten zmodyfikowany przez człowieka - wysokie góry poprzecinane gdzieniegdzie polami uprawnymi, świątynie i pagody rozsiane po szczytach i zboczach, a przede wszystkim położone po dwóch stronach rzeki wąskie, urokliwe uliczki zamknięte między niskimi domami z zadartymi dachami. Miasteczko nie jest zbyt duże, więc 2-3 dni w zupełności wystarczą, by obejrzeć najważniejsze miejsca - my pojechalismy tam w sobotę (na miejscu byliśmy w okolicach 13:00), wróciliśmy zaś niedzielnym pociągiem odjeżdżającym ze stacji w okolicach południa. Gdyby nie ograniczenia czasowe narzucone przez plan zajęć na uniwersytecie, warto by było pokręcić się jeszcze jeden dzień, bo nie do wszystkich zakątków w górach wokół miasteczka udało nam się dotrzeć, aczkolwiek jako że koszt pociągu do Heijingu to jedyne 15 yuanów, myślę, że jeszcze tam zawitam i to nadrobię. 

Inne koszta, z jakimi nalezy się liczyć przy podróży do Heijingu, to opłata za wejście do Starego Miasteczka (30 yuanów, w tej cenie wliczone jest zwiedzanie każdego możliwego zabytku, w tym starej kopalni soli), nocleg (my zapłaciliśmy 20 yuanów za noc, w całkiem porządnych warunkach - czysto, ciepła woda - jeśli chodzi o nocleg, to choć sami zamawialiśmy go telefonicznie, myślę że nie byłoby problemu ze znalezieniem czegoś już na miejscu), dojazd z dworca kolejowego do samego miasteczka - bryczka kosztowała nas po 3 yuany od osoby, no i jedzenie.

W Heijingu polecić można suszoną wołowinę ganba (干巴), którą zresztą polecam nie tylko tam, ale akurat w Heijingu, z tego co zauważyłam, każda restauracja miała ją w swoim menu. Poza tym, jeśli ktoś w restauracji zaproponuje wam grzyby, nie odmawiajcie - są przepyszne. Rano warto zapuścić się na targ, gdzie dostać można różne świeże owoce (trafiliśmy na przykład na najsłodsze granaty na świecie), a także różnorakie ciastka i jeśli ktoś byłby zainteresowany - mięso i warzywa. Poza tym, wyprawa na targ pozwala przyjrzeć się trochę takim "prawdziwym Chinom", które zdecydowanie trudniej uchwycić w dużym mieście.

Być może nie powinnam pisać o Heijingu, bo im więcej materiałów na jego temat (pojawił się on już w moim przewodniku, choć tekst o nim ma ledwie kilka linijek), tym większa groźba, że w przyszłości zmieni się w taką samą, gwarną atrakcję turystyczną, jak Dali czy Lijiang. A duża część uroku tego miejsca wynika właśnie z kameralnej, spokojnej atmosfery chińskiego małego miasteczka. Cóż, miejmy nadzieję, że chmara zwiedzających jeszcze przez najbliższych parę lat oszczędzi ten urokliwy zakątek.

Edit: Dorzucam dwa zdjęcia z mojej suszarki (ach, może kiedyś będzie mnie stać na prawdziwy aparat...), a jeśli ktoś chciałby obejrzeć porządniejsze obrazki z Heijingu, to zapraszam pod link.

Heijing

Krajobraz wokół Heijingu

poniedziałek, 17 października 2011
Dawno, dawno temu, a konkretnie między ósmym wiekiem naszej ery a rokiem 1253 ziemie dzisiejszego Yunnanu nie były częścią Chin. Najpierw przez dwa wieki istniało tu państwo Nanzhao (南诏), które w momencie największego rozkwitu zajmowało nie tylko Yunnan, ale i dzisiejszą Burmę, Laos i Tajlandię, a nawet odważyło się najechać należący do Chin dynastii Tang Sichuan. Zakończyło się to odwetem Chińczyków, który doprowadził do osłabienia dynastii Nanzhao, ostatecznie wyrżniętej przez jednego ze swoich ministrów w roku 902. Do roku 937 na terenie Nanzhao panował chaos, ale w 937 niejaki Duan Siping założył królestwo Dali (大理国). Oba państwa zamieszkiwane były w dużej mierze przez przodków dzisiejszej mniejszości Bai (白族), były silnie związane z buddyzmem, a ich stolice - odpowiednio Taihe (太和) i Dali (大理) znajdowały się nad jeziorem Erhai (洱海), w okolicy dzisiejszego Dali (大理). Dzisiejsze Dali to miasto położone w autonomicznej prefekturze Dali, będącej największym skupiskiem mniejszości narodowej Bai w Chinach. Znajduje się ono około 300 kilometrów od Kunmingu i jest jednym z najpopularniejszych miejsc turystycznych w Yunnanie. Jest tak głównie dzięki staremu miastu (大理古城), które zostało zbudowane w XIV wieku. Korzystając z krótkich ferii, które Chińska Republika Ludowa podarowała nam z okazji święta narodowego (国庆节, 1 października), postanowiliśmy (we trójkę, z Przemkiem i Dawidem) zaopatrzyć się w bilety kolejowe (pociągi pokonują tę trasę w około 7 godzin, bilet na miejsce twarde leżące kosztuje około 80 yuanów) i odwiedzić Dali.
 
1 , 2