Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
Blog > Komentarze do wpisu

Historia pewnego bojlera

Mimo że osiedle na którym mieszkamy wygląda na stosunkowo nowe (jedna ze stron internetowych, na których szukałam dokładnej daty oddania do użytku mówi, że 2006 rok), to jednak zaskakująco często coś się w nim sypie. Mieszkamy tu ledwie trzy miesiące, a z pięciu rurek, które mamy w łazience pozostała tylko jedna, która dotąd nie przeciekała, w kuchni wygląda to lepiej tylko dlatego, że są tam tylko dwie rurki prowadzące wodę do zlewu (i póki co przeciekała tylko jedna z nich).

Rurkę od spłuczki, która przestała trzymać jakoś w pierwszym tygodniu od naszego wprowadzenia się, wymieniliśmy sami, rurki od umywalki też chcieliśmy wymienić sami, ale jakoś nam było nie po drodze i przez jakiś czas mieliśmy w umywalce tylko wrzątek, a w kuchni tylko zimną wodę. 

Po powrocie z wycieczki do Heijingu, kiedy chciałam włączyć wodę w łazience (wyłączyliśmy główny zawór na czas wyjazdu), odcięłam nas od wody w ogóle, bo uchwyt od zaworu został mi w ręce, a że bardzo mnie to zaskoczyło, nie pozostał w ręce zbyt długo i spadł w odmęty dziury w kafelkach.

Wtedy to postanowiliśmy porozumieć się z właścicielką mieszkania, która zawołała za nas osiedlowego pana od naprawiania rzeczy (wuguan, 物管). Proces naprawiania był dość skomplikowany, składało się na niego zniknięcie pana z wuguanu na pół godziny, przyjście jakiegoś innego pana, powrót pierwszego pana, cięcie rur sekatorem, zalanie nam całej łazienki, topienie plastikowych rur specjalnym urządzeniem do topienia plastiku, wtopienie zaworu w plastikową rurę no i trochę small-talku ("Nie jesteście Amerykanami? A skąd jesteście? Holandia? A, Polska. Koło Niemiec? Niemcy, Niemcy... Wiesz, ja się za bardzo nie interesuję sprawami zagranicznymi. Ale bardzo dobrze mówisz po Chińsku!"). Pan z wuguanu podjął również próbę załatania cieknących rurek za pomocą taśmy klejącej, ale tydzień później musieliśmy go wezwać ponownie i tym razem już je wymienił. 


Kiedy kilka dni temu usłyszałam znów złowrogi dźwięk chlupoczącej wody wydobywający się z łazienki, miałam nadzieję, że to znów jakaś rurka pod zlewem poszła (tym razem od ciepłej wody, zeby było symetrycznie), bo przecież po obejrzeniu procesu wymiany już nawet pana z wuguanu byśmy do naprawy tej usterki nie potrzebowali.

Niestety, nadzieje okazały się płonne i po chwili zlokalizowałam źródło wycieku - bojler, a konkretnie jego panel kontrolny (taki z przyciskami do włączenia grzania i pokrętłem do ustawienia żądanej temperatury). Muszę przyznać, że metody naprawcze pana z wuguanu (taśma klejąca) i fakt, że przez niektórych członków mojej rodziny silikon jest uważany za panaceum na całe zło świata, któremu pod względem mocy naprawczej może się równać tylko WD-40 i czosnek, zainspirowały nas do podjęcia próby samodzielnego zatamowania wycieku. Za pomocą silikonu. Nie wiem, czy pogorszyło to sytuację, czy też nie miało specjalnego znaczenia (przypuszczam jednak, że to drugie, bo tak czy siak okazało się później, że już fakt wycieku z pierwotnego miejsca sprawił, że bojler jest do niczego), ale woda zaczęła dla odmiany wypływać z pokrętła do ustawiania temperatury, a bojler, o ile wcześniej jeszcze paliły się na nim lampki, teraz przestał działać w ogóle.

W tym momencie już skontaktowałam się z właścicielką mieszkania i zaczęły się wesołe przygody. Najpierw właścicielka zadzwoniła po pana z Wuguanu, który przyszedł następnego dnia i kiedy tylko mu powiedziałam, że bojler nie działa, stwierdził, że on nie umie naprawiać bojlerów i dał mi numer telefonu do firmy zajmującej się tymi urządzeniami. Pan po drugiej stronie telefonu powiedział zaś, że owszem, może przyjść, ale po pierwsze bojler nie jest już na gwarancji, więc ze sam fakt jego przyjścia będziemy musieli mu zapłacić, a po drugie biorąc pod uwagę skąd się woda wydobywa, to raczej się nic nie da zrobić i trzeba wymienić bojler.

W tym układzie ponownie skontaktowałam się z właścicielką mieszkania, żeby zapytać co z tym fantem zrobić. Ta odpowiedziała, że nie ma czasu przyjechać do mieszkania i poprosi kogoś (kogo nazwała pośrednikiem), żeby załatwił kogoś innego do naprawy. Chwilę później dostałam smsa od owego pośrednika, który pytał na kiedy może zawołać fachowców i informował, że wszelkie koszta naprawy ponosimy my. To już mi się wybitnie nie spodobało, bo o ile za wymianę rurki mogę te kilkanaście kuaiów zapłacić, to już fundować komuś nowy bojler średnio mam ochotę, zwłaszcza, że najtańsze bojlery w Chinach kosztują około 500 yuanów, kwotę, której nie mam zamiaru wydawać bez potrzeby.

Skontaktowałam się więc znów z właścicielką mieszkania i zapytałam, co i jak z kosztami naprawy tudzież wymiany. Ta odpowiedziała, że może nam to potrącić z kaucji. Na to ja odpowiedziałam, że naszym zdaniem jednak naprawa bojlera to jest obowiązek właściciela mieszkania, co ona skwitowała stwierdzeniem, że nie wie co ma powiedzieć, bo przecież jak się wprowadziliśmy to bojler działał bez zarzutu i na umowie jest wyraźnie napisane, że to my mamy zapłacić za jego naprawę. Trochę się zdenerwowałam w tym momencie, bo nie nauczyłam się niestety umowy na pamięć i aż do powrotu do domu stresowałam się, że faktycznie podpisaliśmy coś tak głupiego. Jednak na umowie napisane jest wyraźnie, że płacić za naprawę mamy tylko w wypadku, kiedy coś popsujemy (umyślnie lub nie). No i jest jeszcze napisane, że remonty, reperowanie i utrzymanie mieszkania w dobrym stanie jest obowiązkiem właściciela mieszkania. Zatem, na tyle spokojnie, na ile byłam w stanie (a byłam mało spokojna), napisałam pani właścicielce jak to dokładnie jest napisane na umowie i że nie jest możliwe, że to my popsuliśmy bojler (serio, nie naparzaliśmy w niego młotkiem ani nic), tylko zapewne się popsuł sam, bo jest stary, a stare rzeczy się psują. Odpowiedź właścicielki? "Jestem w szpitalu. Kontaktujcie się bezpośrednio z pośrednikiem." 

Napisaliśmy jej jeszcze, że życzymy zdrowia i że chyba jednak pośrednik nie bardzo ma uprawnienia do rozsądzania kto ma zapłacić za całą imprezę, ale ona powiedziała, że pośrednik zna całą sytuację i wszystko w porządku, mamy się z nim kontaktować. No to się skontaktowaliśmy, poprosiliśmy o zawołanie jakichś fachowców. A kiedy zapytaliśmy, kto ma zapłacić za naprawę (po czym znów zacytowaliśmy umowę), w odpowiedzi otrzymaliśmy smsa o treści "to chcecie, żeby ci fachowcy przyszli, czy nie?". Odpowiedzieliśmy, że pewnie, że chcemy, ale chcemy też wiedzieć, kto ma zapłacić za naprawę.

Odpowiedzi nie otrzymałam, przyszli fachowcy, popatrzyli, stwierdzili, że trzeba kupić nowy, powiedzieli, że zadzwonią jak kupią i przyjadą go zainstalować. Od 10:30, kiedy to fachowcy przyszli do mojego mieszkania, aż po 16:30, kiedy to zadzwonili powiedzieć, że dziś już nie zdążą z tym nowym bojlerem przyjechać i że przyjadą jutro (umówiliśmy sie z nimi na 17:00, bo 'jutro' to był ten piątek, kiedy Polska grała z Włochami w pucharze świata, a mecz mieliśmy oglądać ze znajomymi u Martyny), cały ten czas wysyłałam smsy do pośrednika, żeby może jednak mi odpisała na moje pytanie i że trzeba kupić nowy i że pani właścicielka mieszkania kazała się z pośrednikiem kontaktować w tej sprawie, a pośrednik mi nie odpisuje i ja nie wiem, czy dlatego, że mnie ignoruje, czy dlatego, że nie wie i że nie chcę przeszkadzać biednej chorej właścicielce, która jest w szpitalu i nie powinna się denerwować, ale jak pośrednik mi nie odpisze, to nie będę miała wyjścia i że ja też się bardzo denerwuję, bo co jak przyjdą fachowcy z nowym bojlerem i każą mi zapłacić, a ja nie mam tyle pieniędzy i inne takie dramatyczne rzeczy. 

Po sześciu godzinach nieustannego zasypywania pośrednika tego typu smsami otrzymałam w końcu odpowiedź: "znam już sytuację, jadę właśnie kupić bojler". 

Następnego dnia pojechaliśmy do Martyny oglądać mecz (byli Polacy z naszej grupy, plus Włoch Giuseppe), zrobilismy też sobie na obiad chińskie "pity" (które nazywają się tutaj baba - 粑粑 - i można je kupić w różnych wariantach smakowych, ale my kupiliśmy tego dnia takie bez żadnych przypraw), do których naładowalismy mnóstwo warzyw, mięso (pierś z kurczaka! W końcu! Chińczycy prawie wcale nie jedzą piersi z kurczaka, bo uważają, że to niezdrowe mięso, bo się nie rusza. Zdrowe są natomiast stópki kurczaka i wszystkie części kurczaka, w których jest mnóstwo stawów i prawie wcale mięsa. Dlatego w większości potraw z kurczaka dostaje się prawie same posiekane kości, które trzeba obessać. Zdecydowanie nie jestem fanką.), a nawet majonez i keczup (które Martyna podebrała swojemu współlokatorowi).

W każdym razie, byliśmy w trakcie oglądania meczu, było jakoś koło 15:30, kiedy zadzwonił do mnie telefon i pan fachowiec oznajmił mi, że jest pod moimi drzwiami z bojlerem i czemu mnie tam nie ma? No to ja mu na to, że przecież umówiliśmy się na 17:00 i że jesteśmy teraz w centrum i w ogóle. A on że no tak, ale oni już są, więc jak się pospieszymy, to nie będą musieli za długo czekać. Jako że Polska jeszcze przegrywała z Włochami byłam dosyć poddenerwowana i nie bawiłam się w tłumaczenie, że mam inne sprawy na głowie, tylko powiedziałam, że jak się umawiają na siedemnastą, to mają być o siedemnastej. Co najwyraźniej nie jest takie oczywiste. 

No więc przyjechali ponownie o 17:40. Przyszło trzech szefów, z których każdy bez słowa wyciągnął po paczce fajek (musiałam potem cały wieczór wietrzyć) i zaczęli się przyglądać staremu bojlerowi i nowemu bojlerowi. Potem zdjęli nam sufit - bo okazało się, że to, co uważałam za sufit w łazience jest w rzeczywistością tylko warstwą plastikowych paneli, nad którymi kryją się rury. Zagadka dlaczego w środku nocy zasypiam przy dźwiękach kąpieli i spuszczania spłuczki sąsiadów rozwiązana. Po zdjęciu sufitu zaczęli znów patrzeć, ale po godzinie od przyjścia zaczęli w końcu zdejmować stary bojler, czemu towarzyszyło tłuczenie kafli młotkiem i takie tam. Przy tej okazji trzeba było zakryć nasz podłogowy kibel kawałkiem kartonu, żeby gruz i kawałki kafli nie zniszczyły kolejnej rury. Potem zamontowali nowy bojler i już około dwudziestej pierwszej został on podłączony jak należy. Potem panowie stwierdzili, że jest już późno, więc sufit założą nam dopiero dnia następnego. Co też uczynili, ale że nowy bojler jest krótszy od starego, sufitu nie starczyło i w jednym miejscu mamy uroczą dziurę, która, jak mi się zdaje, jeszcze potęguje dźwięki kąpieli, które mieszkańcy jedenastego piętra biorą o pierwszej w nocy. 


Oczywiście, wszystko ma swoje dobre strony, więc i kryzys bojelrowy ma jeden pozytywny efekt - zmęczona myciem głowy wodą z miski postanowiłam przełamać swój lęk przed chińskimi fryzjerami (oni naprawdę mają przerażające fryzury, więc bałam się, że zrobią mi coś równie okropnego) i poszłam na mycie i strzyżenie (za które zapłaciłam 15 yuanów). I nawet nic strasznego mi nie zrobili.

czwartek, 08 grudnia 2011, oldziekill

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: