Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
Blog > Komentarze do wpisu

Trzy dni w Dali

Dawno, dawno temu, a konkretnie między ósmym wiekiem naszej ery a rokiem 1253 ziemie dzisiejszego Yunnanu nie były częścią Chin. Najpierw przez dwa wieki istniało tu państwo Nanzhao (南诏), które w momencie największego rozkwitu zajmowało nie tylko Yunnan, ale i dzisiejszą Burmę, Laos i Tajlandię, a nawet odważyło się najechać należący do Chin dynastii Tang Sichuan. Zakończyło się to odwetem Chińczyków, który doprowadził do osłabienia dynastii Nanzhao, ostatecznie wyrżniętej przez jednego ze swoich ministrów w roku 902. Do roku 937 na terenie Nanzhao panował chaos, ale w 937 niejaki Duan Siping założył królestwo Dali (大理国). Oba państwa zamieszkiwane były w dużej mierze przez przodków dzisiejszej mniejszości Bai (白族), były silnie związane z buddyzmem, a ich stolice - odpowiednio Taihe (太和) i Dali (大理) znajdowały się nad jeziorem Erhai (洱海), w okolicy dzisiejszego Dali (大理). Dzisiejsze Dali to miasto położone w autonomicznej prefekturze Dali, będącej największym skupiskiem mniejszości narodowej Bai w Chinach. Znajduje się ono około 300 kilometrów od Kunmingu i jest jednym z najpopularniejszych miejsc turystycznych w Yunnanie. Jest tak głównie dzięki staremu miastu (大理古城), które zostało zbudowane w XIV wieku. Korzystając z krótkich ferii, które Chińska Republika Ludowa podarowała nam z okazji święta narodowego (国庆节, 1 października), postanowiliśmy (we trójkę, z Przemkiem i Dawidem) zaopatrzyć się w bilety kolejowe (pociągi pokonują tę trasę w około 7 godzin, bilet na miejsce twarde leżące kosztuje około 80 yuanów) i odwiedzić Dali.

Przez internet zabukowaliśmy pokoje w hostelu o nazwie Tibetan Lodge, znajdującym się w samym sercu starego miasta. Do Dali pojechaliśmy w nocy z poniedziałku na wtorek, zlądowaliśmy na miejscu po szóstej, do Kunmingu powróciliśmy zaś w nocy z czwartku na piątek. Mieliśmy więc równe trzy dni na obejrzenie Dali.
Miasto dzieli się na dwie główne części - nową, Xiaguan (下关) i starą, oddalone od siebie około półgodzinną przejażdżką autobusem miejskim. W okolicach starego miasta wszystkie nowe budynki są budowane w "starym" oraz "Baiowskim" stylu - niskie, z zadartymi w górę dachami i ścianami ozdobionymi malunkami - dzięki czemu nie ma tu takiego estetycznego dysonansu, jak w wielu miejscach w Chinach - chociażby w centrum Kunmingu, gdzie stare i nowe miesza się bez ładu i składu. 

Nowe miasto obejrzeliśmy tylko przez okna autobusu, bo i nie dla niego tam pojechaliśmy. W starym mieście wylądowaliśmy około siódmej-ósmej rano, po całej nocy w pociągu. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Tibetan Lodge, gdzie okazało się, że nie możemy jeszcze wejść do naszych pokojów, ponieważ poprzedni goście jeszcze tam są. Postanowiliśmy zatem pokręcić się po starym mieście, gdzie o tej porze nie było jeszcze zbyt wiele osób. Restauracje i sklepiki umiejscowione w wielu budynkach dopiero zaczynały godziny pracy, co nie przeszkodziło nam zjeść śniadania.


Odświeżywszy się trochę w hostelu wyruszyliśmy na zwiedzanie Dali. Towarzyszyła nam poznana na zorganizowanym przez ludzi z naszej grupy wypadzie na karaoke Chinka (z mniejszości narodowej Yi), która pochodzi z Dali i zaproponowała, że nas trochę oprowadzi. Przeszedłszy się po starym mieście, ruszyliśmy obejrzeć Trzy Pagody (崇圣寺三塔). Umiejscowione u podnóża jednego ze szczytów gór Cangshan (苍山) pagody zostały zbudowane jeszcze w czasach Nanzhao. Największa z nich, zbudowana w latach 823-840 ma nieco ponad 69 metrów, dwie mniejsze są młodsze o około 100 lat i mierzą po 42 metry. We trzy tworzą trójkąt równoboczny. Wokół nich zorganizowany został park, do którego wstęp kosztuje 121 yuanów (na szczęście magiczne moce legitymacji studenckich, które otrzymaliśmy przed Świętem Narodowym, zmniejszyły tę cenę o połowę). Poza pagodami, obejrzeć tam można także rozległy buddyjski kompleks świątynny, który oryginalnie powstał w tym samym okresie, co pagody, ale to, co można zobaczyć tam dziś pochodzi z roku 2005. Zaletą nowowybudowanych pawilonów jest możliwość podziwiania z ich tarasów pagód, a także majaczącego z jednej strony jeziora Erhai i górującego z drugiej strony łańcucha górskiego Cangshan.


Ów Cangshan postanowiliśmy zdobyć następnego dnia. Wstaliśmy wcześnie rano i ruszyliśmy do wejścia do parku krajobrazowego (30 yuanów). Na górę można wjechać kolejką krzesełkową (80 yuanów), ale my wybraliśmy tradycyjną drogę. Najwyższy szczyt Cangshan leży na wysokości 4122 metrów nad poziomem morza, my jednak na ów szczyt nie dotarliśmy. Po dosyć męczącej wspinaczce, która trwała około 1,5 godziny i wiodła przez błotnistą drogę, która, jak się okazało, była użytkowana głównie przez niewielkie konie zaopatrujące budynki umiejscowione na górze w zapasy, dotarliśmy do górnej stacji kolejki (szliśmy cały czas wzdłuż jej trasy), obok której znajduje się świątynia Zhonghe (中和寺). W jej pobliżu jest też restauracyjka, a także hostel. Tam też weszliśmy na wyłożoną płytami chodnikowymi drogę, która przecina Cangshan. Jednakże udało nam się dotrzeć jedynie do połowy trasy wyznaczonej przez ów chodnik (po drodze zboczyliśmy z niej, by zobaczyć jaskinie Smoczego Oka i Oka Feniksa, z których pierwsza była zagrodzona drutem kolczastym, zaś do drugiej, która okazała się nie jaskinią, a wykutą w skale swego rodzaju pustelnią, prowadziły niezwykle wąskie i okropnie śliskie tamtego dnia schodki umiejscowione nad przepaścią, toteż niestety obejrzeliśmy ją tylko z zewnątrz), gdy jakiś pan na rowerze zagrodził nam drogę i oznajmił, że dalej iść nie możemy, ponieważ jest tam zbyt niebezpiecznie. I faktycznie, niedługo po jego interwencji usłyszeliśmy ogłuszający huk, po czym zobaczyliśmy osuwające się skały. 

Chcąc nie chcąc, musieliśmy zakończyć naszą wycieczkę po Cangshan szybciej niż planowaliśmy, zeszliśmy więc drogą w dużo bardziej chińskim stylu - a mianowicie wyłożoną schodami. Na tej trasie spotkaliśmy już trochę więcej chińskich turystów, niż na tej, którą obraliśmy rano, bo w zwyczaju Chińczyków jest coś, czego nie potrafię zrozumieć - czyli właśnie chodzenie po górach schodami. 


Kiedy już wróciliśmy do Dali i zregenerowaliśmy trochę siły, stwierdziliśmy, że skoro nie jest jeszcze bardzo późno, ale wszelkie atrakcje turystyczne powoli się już zamykają (większość takich miejsc zamykają tu około siedemnastej), to możemy się przejść nad jezioro Erhai. Oglądając panoramę Dali z Cangshan odnieśliśmy wrażenie, że jezioro jest całkiem blisko starego miasta, jednakże kiedy już ruszyliśmy, okazało się, że jest nieco dalej niż przypuszczaliśmy, w jedną stronę szliśmy około godziny. Przeszliśmy się przy okazji przez pola - wprawdzie nie były to pola Yunnanu, które wraz ze swym mistrzem przemierzał jeden z naszych wykładowców, tylko podmiejskie poletka uprawne - i wioskę nad jeziorem. Nad jezioro wyszliśmy bezpośrednio z jednej z wąskich uliczek. Oprócz nas na krótkim brzegu były jeszcze dwie kobiety, z których jedna myła w jeziorze warzywa, a druga robiła w nim pranie. Gdy zaczęło zmierzchać, wróciliśmy tą samą drogą do Dali. 


Następnego dnia, zgodnie z zaleceniami przewodnika, który kupiłam kilka dni wcześniej, postanowiliśmy zwiedzić Xizhou (喜州) - miejscowość będącą jednym z ważniejszych osiedli mniejszości Bai - Motyle Źródło (蝴蝶泉) oraz Zhoucheng (周城). 

W turystycznych miastach, takich jak Dali, roi się aż od ludzi próbujących namówić turystów na wynajęcie ich pojazdu - czy to minibusa, czy moto-rikszy, czy czasem nawet skutera. Po drodze na autobus zapytaliśmy o cenę przejażdżki moto-rikszą do Xizhou, na co jej kierowca zaproponował 30 yuanów od osoby. Jako że autobus kosztować miał 3 yuany od osoby, nawet do głowy nie przyszło nam się zgadzać, ale kiedy już odeszłam dobry kawałek w stronę przystanku, zobaczyłam, że moi towarzysze podróży stoją wciąż w tym samym miejscu i targują się z kilkoma różnymi kierowcami. Ostatecznie, z nie do końca zrozumiałych dla mnie powodów (ale chyba miało to coś wspólnego z czyjąś chęcią poczucia się jak biały pan, a moto-riksza była najbliższym odpowiednikiem bycia noszonym w lektyce), wynajęliśmy moto-rikszę, która miała nas zawieźć do Xizhou. 


Tak zaczęło się jedno z moich najgorszych doświadczeń turystycznych w Chinach. Najpierw pan kierowca zawiózł nas w jakieś miejsce, którego - o ile dobrze zrozumieliśmy - główną atrakcją była możliwość zrobienia sobie zdjęcia z kormoranem i popatrzenie na panie przebrane w tradycyjne ubrania Bai odstawiające szopkę dla turystów nad jeziorem Erhai, wszystko za jedyne 200 yuanów. Kiedy zaczęłam się dopytywać, gdzie jest miejsce, o którym czytałam w przewodniku, pan odpowiedział, że tam jest nudno, więc zamiast tego przywiózł nas tutaj, bo tu będziemy się na pewno dobrze bawić. Kiedy postanowiłam znaleźć autobus, który zabierze nas tam, gdzie chcemy się znaleźć, chłopcy znów zaczęli ubijać interes z kierowcą, który oznajmił, że za 20 yuanów od osoby obwiezie nas po wszystkich miejscach, które mamy w planie zobaczyć, a potem odwiezie nas do Dali. Pojechaliśmy więc w końcu do Xizhou - po drodze okazało się, że pan nie ma pojęcia, gdzie znajduje się miejsce, do którego chcemy się udać i kilkakrotnie zatrzymywał się, by spytać o drogę, a kiedy już tam dotarliśmy, to dwa razy je ominął, by potem się cofać. 

W końcu dotarliśmy pod Dom Rodziny Yan (严家大院), którego budowa rozpoczęła się w 1906 roku i który jest reprezentantem architektury typowej dla Baiów - czyli domu zbudowanego na planie prostokąta, z dziedzińcem pośrodku, otoczonym z trzech stron pomieszczeniami mieszkalnymi, a od wschodu murem. Po domu oprowadziła nas pani, która również była przebrana w ubrania mniejszości Bai (tak naprawdę, poza miejscami turystycznymi, nikt już nie nosi tych strojów - podobnie jak w Polsce raczej nikt na codzień nie chodzi w stroju łowickim), która opowiedziała nam trochę o domu i zwyczajach Baiów (niestety, dużej części jej wypowiedzi nie zrozumieliśmy, ponieważ język, w którym mówiła raczej nie był czystym putonghua), poczęstowała nas kilkoma rodzajami herbaty, a potem zaprosiła na pokaz, który był dość festyniarski i składał się z prezentacji różnych strojów mniejszości Bai, kilku tańców ludowych oraz inscenizacją ceremonii ślubnej Baiów. Oprócz tego przedstawiono typowy dla Baiów poczęstunek składający się z trzech rodzajów herbaty (三道茶) - pierwszy, gorzki, reprezentuje trudy życia, drugi, słodki z dodatkiem pokruszonych orzechów, symbolizuje radość życia, oraz trzeci, którego miodowy smak i pozostający na języku posmak syczuańskiego pieprzu mają skłonić do refleksji nad życiem. Po wyjściu z Domu Rodziny Yan pokręciliśmy się jeszcze trochę po Xizhou, a potem powiedzieliśmy kierowcy, że teraz chcemy jechać nad Motyle Źródło, a następnie do Zhoucheng. 


Jakież było moje zdziwienie (a także wściekłość), kiedy zatrzymaliśmy się w zupełnie innym miejscu - którego nazwy nawet nie pamiętam. Pan znów zaczął nas przekonywać, że tutaj jest dużo fajniej, niż w miejscu, gdzie chcieliśmy pojechać, ale myślę, że z mojej miny i tonu wywnioskował, że jednak lepiej będzie, jeśli zabierze nas tam, gdzie mu kazaliśmy. Fakt faktem, że Motyle Źródło, znane z tego, że żyje nad nim mnóstwo motyli, nie było miejscem, które koniecznie bym poleciła osobom zwiedzającym Dali, ponieważ - najprawdopodobniej z powodu zanieczyszczenia powietrza - nad samym źródłem motyli już nie ma, są za to zamknięte w motylarium.

Po drodze do Zhoucheng nigdzie już nie zboczyliśmy, ale pan wysadził nas po prostu na niczym nie wyróżniającej się, długiej ulicy. Kiedy pokazałam mu w przewodniku, co konkretnie chcę tam zobaczyć, zaczął pytać ludzi na ulicy, gdzie to może być, ale chyba nie mógł się dogadać, a jako że zaczął padać bardzo silny deszcz, a ja byłam już dość sfrustrowana tą wycieczką, postanowiliśmy wrócić do Dali.
Na miejscu pan jeszcze nieśmiało przebąknął, że cały dzień nas woził i może jednak należy mu się więcej niż 60 yuanów, ale szybko wyperswadowałam mu ten pomysł.


Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed pociągiem, więc pokręciliśmy się jeszcze po starym mieście. Dużym plusem Dali jest różnorodność jedzenia, w tym przekąsek, które można kupić na starym mieście. Obok zachodnich restauracji, pizzerii i klubów umiejscowionych na tak zwanej Ulicy Ludzi z Zachodu (洋人街), która ze względu na dużą ilość białych turystów tam przesiadujących stała się swego rodzaju atrakcją (raczej dla Chińczyków), znajdują się tam restauracje oferujące najróżniejsze potrawy kuchni chińskiej - niekoniecznie lokalnej, jak na przykład pierożki na parze, które zjedliśmy pierwszego dnia na śniadanie, a które są raczej przysmakiem północno-wschodnich Chin. Na ulicy można dostać przekąski zrobione ze specjalnego rodzaju sera typowego dla Dali - rushan (乳扇). Jest on generalnie serwowany na patyku, albo zapieczony na grillu, albo usmażony w głębokim oleju, często z dodatkiem słodkiego sosu z płatków róży. Oprócz tego, godna polecenia jest xizhoubaba (喜洲粑粑), płaski, okrągły placek z ciasta nieco przypominającego chleb, pieczony na grillu, ze słodkim lub słonym nadzieniem. Lokalnym przysmakiem jest też erkuai (饵块), który trochę przypomina wyglądem burrito, jednakże ciasto jest zrobione z mąki ryżowej. Wewnątrz może znaleźć się nadzienie słone - z dużą ilością chińskiej kiszonki, a także pokruszonych orzechów i wedle życzenia sosem z lajiao - lub słodkie - które tak naprawdę jest bardziej kwaśne, niż słodkie. Zajadaliśmy się też innym rodzajem placka, również na słono, pochodzącym z prowincji Hubei jiangxiangbing (酱香饼) i oczywiście shaokao (烧烤), czyli różnego rodzaju mięsem, warzywami, czy grzybami, nabitymi na patyk (taki jak od szaszłyka) i upieczonymi na grillu z dużą ilością przypraw, w tym głównie ostrej chińskiej papryczki lajiao (辣椒).Warto jeszcze wspomnieć, że w Dali produkowane jest też piwo o tej samej nazwie, które (pod warunkiem, że jest mocno schłodzone - co nie jest oczywiste, gdyż Chińczycy mają zwyczaj picia ciepłego piwa) jest jak na chińskie piwo nie najgorsze. 


W Kunmingu wyladowaliśmy następnego dnia około szóstej rano, po całej nocy w pociągu.

 

poniedziałek, 17 października 2011, oldziekill

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Aithne, *.icpnet.pl
2011/10/17 19:48:35
Mmmmm, brzmi smakowicie... :)
Ja już widzę Twoją minę, jak ten facet zabierał Was zupełnie nie tam gdzie chcieliście! :D Hmm, a jak mają się te chińskie ceny do naszych? 200 yuanów to tak dużo?
No i... Schody w górach?! Toż to gorsze niż butostrada!
Pozdrowienia z Polski :)
Ania S.
-
2011/10/17 20:24:35
No, sama jak czytam to co sama napisałam, to mam ochotę wszamać. Szkoda, że w okolicach mojego mieszkania nie ma żadnych fajnych wieczornych przekąsek (wszystko, co najsmaczniejsze jest w okolicach centrum :( )
Złotówka to w przybliżeniu dwa yuany, więc jak na mój gust stówa za kormorana, jezioro, które widziałam już od drugiej strony i panie udające, że w tych kostiumach to tańczą, bo lubią to nie jest interes życia :P zwłaszcza, kiedy w ogóle nie miałam w planach wydawać tej stówy.
A schody w górach to z tego, co zdążyłam zauważyć (własno-ocznie/nożnie lub poprzez relacje znajomych) absolutna norma tutaj i to, że w ogóle znaleźliśmy tę błotnistą ścieżkę dla koników było całkiem wyczynem. Normalnie gorzej niż na Morskie Oko, bo tam przynajmniej możesz sam sobie wybrać, jakiego rozmiaru kroki stawiać ;-)