Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
Blog > Komentarze do wpisu

Biurokracja

Trudno powiedzieć, żeby ogarniała mnie jakaś szalona nostalgia na myśl o czasie, który spędziłam w bydgoskim oddziale NFZ czekając w kolejce ludzi, którzy podobnie jak ja pragnęli wyrobić sobie europejską kartę ubezpieczeniową. Ale o ile polskie urzędy są wyjątkowo upierdliwe i wizyty w nich przeciągają się nieraz godzinami, to załatwianie spraw w Chinach wydaje mi się jeszcze bardziej upierdliwe. Oczywiście mogę być nieco tendencyjna, ale odnoszę wrażenie, że przy ilości biurokratycznych obrządków, przez które musiałam przebrnąć - zwłaszcza przez pierwszy miesiąc pobytu tutaj - oraz konieczności biegania w tę i z powrotem z absolutnie niezrozumiałych dla mnie powodów, polskie urzędy i moje z nimi negatywne doświadczenia to mały pikuś.

Zacznijmy od dość podstawowej rzeczy, czyli pieniędzy. Przybysz z zachodu być może przyjedzie do Chin z garścią dolarów lub euro, które, jeśli jest, dajmy na to Polakiem, kupił sobie w kantorze, mówiąc na przykład "dzień dobry, poproszę pięćset dolarów", po czym otrzymał pięćset dolarów, za które elegancko zapłacił odpowiednią ilością złotówek. 

Przybysz szybko zauważy, że w Chinach czegoś takiego jak kantor nie ma. Wymiana walut odbywa się bowiem w bankach - ale nie wszystkich. Najbezpieczniej znaleźć Bank of China (中国银行), bo choć zdarzyło mi się z powodzeniem wymienić pieniądze w innych bankach, to jednak najczęściej w owych innych bankach odsyłali mnie jednak do BoC. Zanim podejdziemy do okienka musimy wypełnić kilka przemiłych druczków, które wymagają od nas podania szczegółowych danych osobowych, w tym numeru paszportu (koniecznie trzeba pamiętać o zabraniu paszportu do banku, bez niego niczego nie załatwimy!), adresu zamieszkania w Chinach, numeru telefonu w Chinach, wykonywanego zawodu i tak dalej. Bierzemy numerek z automatu i czekamy, aż pojawi się on nad jednym z okienek. Niestety, mimo że ładnie i bezbłędnie wypełniliśmy formularz, nie oznacza to bynajmniej, że od razu dane nam będzie otrzymać yuanową równowartość naszych funduszy. Najpierw pani (lub rzadziej pan) w okienku musi obejrzeć nasz paszport z każdej strony, skserować go, podłubać coś na komputerze, obejrzeć druczki z każdej strony, wydrukować kilka kolejnych druczków, dać je nam do podpisania, wziąć od nas nasze dolary tudzież eurosy, obejrzeć je ze wszystkich stron, przepuścić je pięć razy przez maszynę do liczenia pięniędzy, wyjąć odpowiednią ilość yuanów, przepuścić je trzy razy przez maszynkę do liczenia pieniędzy, dać nam kolejne druczki do podpisania... No, ale dwadzieścia minut później odchodzimy od okienka z upragnionymi yuanami. 

Podobnie przedstawia się sprawa z wypłacaniem waluty obcej z konta. Ambasada naszej pięknej Ojczyzny przekazuje nam okrąglutkie 196 euro miesięcznie, w związku z czym zalecono nam założenie konta walutowego, również w BoC. Nie ma co się rozpisywać nad procesem zakładania owego konta, gdyż jest to, na szczęście, proces jednorazowy, ale ostrzegam tych, którzy będą musieli przezeń przejść - uzbrojcie się w cierpliwość, i najlepiej też przyjdźcie z karteczką, na której po chińsku będziecie mieli napisane, czego dokładnie chcecie (外币账户 - konto walutowe, 欧元 - euro), bo nawet jeśli traficie na kogoś, kto będzie za wszelką cenę próbował z wami rozmawiać po angielsku, to najczęściej i tak się nie dogadacie. Weźcie też ze sobą sto yuanów, bo z jakiegoś magicznego powodu trzeba je wpłacić na nowopowstałe konto. Po czym, pięć minut po odejściu od okienka, można je wypłacić z bankomatu. Jeśli ktoś ma pomysł, o co w tym chodzi, to niech zostawi komcia.
Wraz z kontem otrzymałam kartę debetową z obrazkiem Wielkiego Muru i książeczkę z takim samym obrazkiem.

Aby wypłacić pieniądze z konta walutowego nie wystarczy podejść do bankomatu i ich wypłacić. Ba, włożywszy kartę do bankomatu i sprawdziwszy bilans konta dowiemy się, że nie ma na nim nic, nawet, jeśli jest tam okrągluśkie 196 euro. Aby sprawdzić, czy kochane pieniążki już przyszły trzeba z magiczną książeczką podejść do - no cóż, nie wiem jak to nazwać. Ale jest w banku taka maszynka, która ma slot na książeczkę i, kiedy umieścimy rzeczoną książeczkę wewnątrz slotu, maszyna wydrukuje nam na niej obecny stan konta. Potem możemy już wypełnić formularz wymiany waluty, wziąć numerek i, kiedy wyświetli się on nad jednym z okienek, przejść przez ten sam proces, co gdybyśmy mieli walutę w rączce. Oprócz tego, że oprócz oglądania paszportu, dłubania w komputerze, oglądania druczków, drukowania druczków... i tak dalej, pani będzie chciała jeszcze naszą kartę i książeczkę i poleci nam kilka razy wprowadzić nasz pin ("请输入密码"). Pin w Chinach ma sześć cyferek, tak w ramach ciekawostki.

Aha, no i jeszcze taki drobiazg. Banki otwarte są do 17:00. Ale kiedy przyszliśmy pewnego pięknego dnia do banku o godzinie 16:30, szczęśliwi, że wypłacimy sobie nasze fundusze, usłyszeliśmy, że jest już tak późno, że pani w okienku nie zdąży wymienić nam pieniędzy przed godziną zamknięcia. Prosimy przyjść jutro. Kiedy miesiąc później, nauczeni doświadczeniem, zerwaliśmy się z zajęć, by móc być w banku wcześniej i pojawiliśmy się tam o jakiejś 16:10 - usłyszeliśmy to samo. Za duża kolejka, nie zdążycie przed 17:00, prosimy przyjść jutro.

 

Jak to mówią, pieniądze to nie wszystko. Bank nie jest jedynym miejscem, które dane nam będzie odwiedzić (i stracić w nim mnóstwo czasu) w Chinach, zwłaszcza, jeśli przyjechaliśmy tu się uczyć.

 

Przed przyjazdem do Chin oczywiście musieliśmy otrzymać wizę. Można to załatwić w Ambasadzie ChRL w Warszawie, lub w Konsulacie ChRL w Gdańsku. Informacje wizowe tutaj, nie będę się rozpisywać. Po otrzymaniu paszportu trochę się załamałam, gdyż, mimo że na podaniu zaznaczyłam, że chcę wizę wielowjazdową, otrzymałam taką na jeden wjazd. Już myślałam, że moje plany odwiedzenia Kambodży legły w gruzach, ale nie martwcie się, dzielni poszukiwacze edukacji! W Chinach bowiem będziecie zmuszeni... Załatwić sobie nową wizę! 

Po przybyciu na Uniwersytet należy się na nim zarejestrować. Proces rejestracji na Yunnan Normal University rozpoczyna się na wypełnieniu, oczywiście, formularza. Potem trochę biegania po różnych biurach, kserowania paszportów, w międzyczasie przerwa na test językowy przydzielający do grup zaawansowania i na końcu, w ostatnim z biur, dowiadujemy się, że w przeciągu niecałego miesiąca musimy złożyć podanie o nową wizę. Wiza, którą dostaliśmy w Polsce ważna jest bowiem przez miesiąc od momentu wjazdu na teren ChRL. Zanim jednak będziemy mogli złożyć to podanie, musimy się zarejestrować na policji. Mieszkający w akademiku chyba nie mają tego problemu, ale ci, którzy tak jak ja wymyślili sobie wynająć mieszkanie, muszą odnaleźć najbliższą komendę, gdzie z paszportem i umową wynajmu mieszkania (i ich kserokopiami - przy paszporcie ważna jest strona ze zdjęciem oraz wiza) będą musieli zarejestrować swój pobyt. 

Potem, zgodnie z zaleceniami, które otrzymaliśmy wcześniej, stawiamy się w odpowiednim biurze z kwitkiem potwierdzającym tę rejestrację, a także jednym zdjęciem paszportowym, kolejną kopią paszportu, wynikiem badań zdrowotnych (ci, którzy przebywali przed rejestracją w Chinach już od ponad pół roku muszą zrobić te badania na miejscu, pozostali mogą posłużyć się tymi, które trzeba było zrobić w Polsce przy składaniu papierów na uniwersytet) i czterystoma yuanami (lub 800, jeśli planujemy w Chinach przebywać dłużej niż rok) i dowiadujemy się, że musimy wypełnić kolejny formularz. A potem go skserować. Co oczywiście oznacza, że zamiast raz stanąć w kolejce (a kiedy to załatwiałam, kolejka składała się z kilkunastu osób) i załatwić, co jest do załatwienia, stajemy w niej trzy-cztery razy. Czy wspominałam już, że biuro jest otwarte tylko do dwunastej?

Tak czy siak, żegnamy się z paszportem na tydzień. Zanim zdecydujecie się na ten krok, pamiętajcie, by załatwić wszystko, co macie do załatwienia. Wymieńcie pieniążki, załóżcie sobie internet, kupcie sobie kartę do telefonu - bez paszportu żadnej z tych rzeczy nie zrobicie. Zapomnijcie też o podróżowaniu, bez paszportu nie zameldujecie się w hotelu tudzież hostelu. Ale nie należy zwlekać z załatwieniem nowej wizy zbyt długo - każdy dzień bez ważnej wizy to 500 yuanów kary.

A kiedy już paszport wróci, wy z tym paszportem i jego kserem również wrócicie - na komendę. Zarejestrować swój pobyt. Znów.

niedziela, 30 października 2011, oldziekill

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Aithne, *.tvgawex.pl
2011/10/31 22:33:42
Czemu z tagiem "emo"? Pomarudzić każdy może :P
A co do treści - masakra. Mam nadzieję, że w Japonii wygląda to lepiej...
-
2011/11/01 16:52:51
nie, no pomarudzić czasem nawet trzeba, ale to nie zmienia faktu, że emo :P

Nie wyobrażam sobie, żeby w Japonii był taki burdel. Oczywiście, moja wiedza o Japonii jest raczej znikoma i wierzę w to, co mi inni powiedzą, ale - nie wyobrażam sobie, żeby tam był taki burdel. Serio, w Polsce jest mniejszy burdel pod tym względem imo. A w Polsce jest całkiem spory burdel.

Nie będę drugiej notki wysmażać o tym samym, więc sobie sama skomciuję trochę - dziś znów byliśmy wymieniać pieniądze (przyszło stypendium i trzeba było biec do banku, bo kurs euro znów zaczął spadać), oczywiście znów spędziłam przy okienku pół godziny (patrzyłam na zegarek), w międzyczasie musiałam wypisać druczek na nowo, bo skreśliłam jeden znak, bo mi brzydko wyszedł.
A po pół godziny od wyjścia z banku do Przemka zadzwoniła pani z banku i mówi coś mniej więcej w stylu: "We have a problem is too difficult to explain during phone" i kazała nam wrócić do banku. Jako że byliśmy jeszcze w pobliżu, łaskawie się tam udaliśmy (ponaglani kilkakrotnymi telefonami od pani z banku, która, kiedy Przemek nie odebrał, zmieniła nawet numer). A na miejscu okazało się, że pani dała Przemkowi pieniądze, zapomniawszy uprzednio wyczyścić je z konta. Czyli, gdyby nie nasza wrodzona uczciwość, mielibyśmy trzy stypendia, a nie dwa. Ech.