Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
Blog > Komentarze do wpisu

Parki i Święto Środka Jesieni

Ostatni poniedziałek (12 września) był dniem wolnym od zajęć ze względu na chińskie Święto Środka Jesieni (中秋节). Jest to jedno z istotniejszych tradycyjnych świąt i jak większość chińskich świąt, jest oparte na kalendarzu księżycowym (po chińsku zwanym kalendarzem rolniczym, 农历). Tradycje związane z tym świętem to spotykanie się z przyjaciółmi i rodziną, oglądanie księżyca (przypada ono zawsze na pełnię), jedzenie ciasteczek księżycowych, zapalanie lampionów (czasem nazywane jest ono w związku z tym świętem lampionów, acz nie należy go mylić ze Świętem Latarni 元宵节 kończącym obchody Chińskiego Nowego Roku).

Jako że święto przedłużyło nasz weekend do trzech dni, sprzeciwiłam się przemkowym planom uczenia się do oporu i zaproponowałam własną wersję spędzania czasu, czyli odwiedzenie kilku parków. Chińskie parki są oczywiście inne, niż europejskie. Różnią się nie tylko warstwą wizualną - jeziorka zarośnięte lotosem, pawiloniki i wieżyczki w tym, co znamy jako "chiński styl", z dachami zawiniętymi w górę, pomalowane na nasycone kolory - ale też tym, co się w nich dzieje. Oczywiście, niektórzy przychodzą do parku pospacerować, posiedzieć w cieniu, czy popatrzeć na wodę, ale jest też dużo rozrywek parkowych, których próżno szukać w parku w Polsce. W wielu miejscach stoją stoliki, przy których siedzi czworo starszych ludzi łupiących w majianga (麻将, znany u nas jako mah-jong) albo w karty. W pawilonikach panowie wycinają na instrumentach (na przykład chińskich "skrzypcach" erhu), nierzadko akompaniują im przy tym wokale różnej płci (choć chyba częściej panie). Grupki starszych kobiet tańczą do muzyki płynącej z głośników, lub gdzieś w ustronnym miejscu uprawiają tai-chi. Czasem minąć można kogoś energicznie uprawiającego gimnastykę i zazwyczaj są to ludzie po pięćdziesiątce. Niektórzy przynoszą ze sobą obiad, który potem konsumują w towarzystwie znajomych i zapijają wrzątkiem z termosu (to chyba związane z medycyną chińską - picie wrzątku jest przez wielu Chińczyków uważane za istne panaceum, pamiętam, że w Szanghaju radzili mi pić wrzątek i na zapalenie krtani i na alergiczną opuchliznę na ustach, na biegunkę też radzą. Niektórzy noszą ze sobą termos z wrzątkiem cały czas). Najbardziej aktywnymi gośćmi parków zdają się być właśnie emeryci, roztańczeni, rozśpiewani, rozgimnastykowani. Poza nimi oczywiście są też ludzie z dziećmi, gdzieniegdzie jakieś zakochane pary siedzące na ławeczce - acz ten widok jest mniej powszechny, niż w Polsce. Przez pierwsze dni w Chinach Przemek i ja gorączkowo rozglądaliśmy się za mieszanymi parami chodzącymi za rękę, bo nie byliśmy pewni, czy przypadkiem nie obrażamy tutejszej moralności. O ile pary jednopłciowe są tu bardzo przytulaśne (dwaj koledzy idący objęci nie są tu niczym niecodziennym), co z kolei u nas zapewne spotkałoby się z dziwnymi spojrzeniami i posądzeniami o homoseksualizm, o tyle pary heteroseksualne zdecydowanie rzadziej niż w Europie okazują sobie czułość, choć jednak chyba moralności to nie obraża aż tak, bo się czasem zdarza. 

W sobotę poszliśmy pieszo do parku stosunkowo blisko naszego mieszkania (szliśmy jakieś pół godziny). Jako że okolica jest raczej nowa, można mniemać, że i park powstał przed kilku laty, co było trochę czuć - nie miał on tego chińskiego klimatu i choć był zadbany i rosły w nim różne ładne rośliny, to nie warto się specjalnie nad nim rozpisywać.

Na południowym zachodzie Kunmingu znajduje się bardzo rozległe jezioro Dianchi (滇池), które zajmuje aż 298 kilometrów kwadratowych, a na jego brzegach znajduje się wiele godnych odwiedzenia miejsc - świątynie, parki, góry, coś w rodzaju komercyjnej "wioski" poświęconej mniejszościom narodowym i inne takie. Ze względu na rozmiar jeziora i jego odległość od naszego mieszkania (mieszkamy w dzielnicy północnej), obejrzenie wszystkiego na pewno zajmie kilka weekendów z rzędu. Na pierwszy ogień wzięliśmy zatem najbardziej wysunięty na północ fragment nadbrzeża jeziora, czyli park Daguan (大观公园). Jest on większy i moim zdaniem ładniejszy niż umiejscowiony w centrum miasta, w pobliżu naszej uczelni - Cuihu (翠湖) - o którym za chwilę. Niestety, wstęp jest płatny - niby tylko 20 yuanów, ale zawsze coś. Próbowałam się wykpić legitymacją studencką z Polski i zapłacić o połowę mniej, ale pani w kasie popatrzyła na nią tak, jakbym sama ją narysowała i pokręciła tylko głową. Z niecierpliwością czekam na dzień, kiedy dostaniemy tutejsze legitymacje. Przy wejściu do parku na drzewach wisiały małe papierowe parasolki i jakieś gwiazdki, nie wiem, czy to normalny wystrój, czy miał może coś wspólnego ze świętem, które miało miejsce dnia następnego. Martyna śmiała się, że estetyka chińskich parków to wybetonować wszystko i fakt faktem, że utwardzonych dróg i placyków jest na pewno więcej niż trawy, choć drzew i krzaków (przede wszystkim wierzby, które dla mnie zawsze były bardzo polskimi drzewami, no i bambusy) nie brakuje. W parkach jest też zwykle dużo wody, a że mówimy o parku umiejscowionym nad największym jeziorem Kunmingu, i tu jej nie brakowało, acz znacząca jej część jest pokryta lotosami i innymi roślinami, tak, że w niektórych miejscach trzeba się przyjrzeć, żeby dostrzec faktyczną wodę. Lotosy w dużej mierze są w teraz przekwitłe, choć gdzieniegdzie widać jeszcze różowe kwiaty. Te, z których opadły już płatki, odsłaniają wnętrze przypominające mi nieco słuchawkę od prysznica, na której poutykane są ziarna. Ziarna te są zresztą istotną częścią medycyny chińskiej, dodawane są też do niektórych potraw i ciastek. Tam, gdzie zielsko nie pokrywa tafli pływają ludzie na rowerach wodnych. A żeby wszystko było ładnie i jak fengshui nakazało, w parku Daguan znajduje się też "góra". W jednym miejscu, obok najważniejszego pawilonu (大观楼), który dał parkowi nazwę, znajdują się (najprawdopodobniej spreparowane, nie wyglądały na naturalny element krajobrazu) skałki, po których można było się pokręcić i na których szczycie znajdowała się mała kapliczka z figurką jakiegoś bóstwa, buddy, czy innej boddhisatwy. Trudno wyczuć, bo nie udało mi się odcyfrować znaków nad nią. Przed figurką leżało kilka drobnych podarunków, jakieś kadzidełka i gałązki, acz najbardziej uroczą "ofiarą" były dla mnie leżące przed nią dwa (całe) papierosy. W jednej z części parku postawiono też wesołe miasteczko z kilkoma karuzelami, małymi rollercoasterami, diabelskim młynem i paroma innymi atrakcjami. Połączenie jak na mój gust dosyć kontrowersyjne, ale odległość między bardziej tradycyjną częścią, a tą z karuzelami była na tyle duża, że piekielny misz-masz wesołomiasteczkowych melodyjek nie dobiegał przez większość pobytu w Daguan do naszych uszu. Na uboczu znaleźliśmy też mały placyk, na którym znajdowały się różne przyrządy do gimnastyki, taka mini-siłownia. I ten rodzaj aktywności fizycznej okazał się być preferowany przez ludzi w wieku emerytalnym. Ogólnie w parku spędziliśmy dobrych kilka godzin. Po wyjściu postanowiliśmy pójść do jeszcze jednego parku, który zgodnie z mapą powinien być całkiem blisko, ale niestety nie udało nam się znaleźć drogi skręcającej do niego, więc pokręciwszy się po nieco slumsowo wyglądającej okolicy postanowiliśmy dać sobie spokój i wrócić do centrum, gdzie zjedliśmy obiad (ja zamówiłam przepyszcze danie z wołowiny i pomidorów), a potem pojechaliśmy do domu.

Następny dzień, poniedziałek, to Święto Środka Jesieni. Kiedy zapytaliśmy Pani Du, co ciekawego można robić w ten dzień, wzruszyła ramionami i powiedziała, że to święto spędza się z przyjaciółmi i rodziną. Jako że ani jednego, ani drugiego tu na razie nie mamy, stwierdziliśmy, że być może w parku będzie się coś działo, zwłaszcza, że zgodnie z wiedzą zaczerpniętą z wikipedii (z zajęć na temat świąt chińskich za dużo nie pamiętam), tradycją związaną z tym dniem jest wywieszanie latarnii i oglądanie księżyca. Jako że inną istotną tradycją na ten dzień jest jedzenie ciasteczek księżycowych (yuebing, 月饼), a ciasteczka podarowane nam przez uczelnię zdążyliśmy skonsumować już przed świętem, przed udaniem się do centrum zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ich ilość w pobliskim sklepie. Ciasteczka księżycowe jak dotąd są jedynym produktem około-pieczywnym w Chinach, który mi odpowiada. Są one okrągłe, czasem z wzorkami, a wewnątrz mają najróżniejsze nadzienia. Niektóre są wypełnione owocową masą lub czymś trochę przypominającym galaretkę owocową, niektóre mają słodką masę z popularnej tu bardzo czerwonej fasoli, inne mają w środku mieszankę różnych ziaren (orzechy ziemne, sezam, ziarna lotosu i tak dalej), zaś niektóre, ponoć typowo yunnańskie, są wypełnione mięsem - ale też na słodko. Choć być może to dziwnie brzmi i większość moich znajomych laowai'ów nie podziela moich preferencji, te mięsne, obok ziarnistych, są moimi zdecydowanymi faworytami. Są słodkie, acz jednocześnie słone, trochę tłuste, ale o przyjemnej fakturze. 

Cuihu tego dnia odwiedziliśmy po raz drugi - pierwszy raz poszliśmy tam jednego dnia po zajęciach. Park jest nieco mniejszy niż Daguan, lecz w przeciwieństwie do niego, wstęp jest bezpłatny. W trakcie naszej pierwszej wizyty, z głośników raz po raz wydobywał się bardzo spokojny kobiecy głos, mówiący rzeczy w stylu "proszę, nie pluj na ziemię, nie wyrzucaj śmieci do wody, nie krzycz i nie biegaj", a potem dodawał, że "potrzebny jesteś Ty, potrzebna jestem ja, potrzebna jest nasza wspólna praca, by park był przyjemnym miejscem dla wszystkich". Kojarzyło mi się to trochę z Nowym Wspaniałym Światem, albo inną anty-utopią i trochę zepsuło mi to przyjemność z siedzenia w parku.

Gdy pojechaliśmy tam wieczorem, pani mówiącej jak należy się zachowywać już nie było, za to była jarmarczna atmosfera. Trzeba zaznaczyć, że w chińskim parku momentami jest trochę jak na nadmorskim deptaku w Polsce - pełno budek, gdzie sprzedają jakieś pierdoły (brakuje tylko ciupag), mnóstwo jedzenia i picia, wiszące zabawki wydające z siebie jakieś potworne melodyjki. Oczywiście, dotyczy to zapewne tylko bardzo turystycznych parków, ale zarówno Daguan, jak i Cuihu się do takich zaliczają. W poszukiwaniu świątecznej atmosfery przeszliśmy park wzdłuż i wszerz, ale to co się tam działo nie różniło się raczej od typowego wieczoru - tutaj jakaś pani z mikrofonem śpiewała chińskie piosenki, tuż obok dwie inne panie robiły jej konkurencję tańcząc (wokół obu zebrał się pokaźny tłumek gapiów), dalej jakiś pan rzępolił na jakimś instrumencie dętym... Jedyny objaw święta, jaki udało nam się znaleźć, to dzieci niosące plastikowe lampki wygrywające jakieś melodyjki i symbolizujące chyba tradycyjne latarnie, a i to skojarzyliśmy ze świętem dopiero po jakimś czasie. Sami zatem postanowiliśmy być bardziej chińscy od Chińczyków i raz po raz siadaliśmy na ławce, by zjeść sobie ciasteczko księżycowe. Na księżyc popatrzeć nie bardzo mieliśmy jak, bo niebo było zachmurzone.

Po kilku godzinach kręcenia się po parku stwierdziliśmy, że wyjdziemy na uliczki, żeby zobaczyć sobie centrum nocą (już raz widzieliśmy, kiedy byliśmy z ludźmi z uczelni nia piwie, ale to były troszkę inne okolice, no i nie było święta) i w końcu udało mi się zdobyć coś, o czym śniłam od kiedy opuściłam Szanghaj - kaorou (烤肉), czyli mięso na patyku, upieczone na przydrożnym grillu. Przepyszna, doskonale przyprawiona, pikantna jagnięcina mnie nie zawiodła, wołowina również niczego sobie. Tutaj w Kunmingu przydrożnymi grillami operują z tego co dotychczas zauważyłam głównie przedstawiciele mniejszości narodowej Hui (回族). Niestety, choć obeszłam wieczorem okolicę mieszkania wzdłuż i wszerz, nie udało mi się znaleźć nikogo handlującego tym przysmakiem, więc najpewniej delektować się nim dane mi będzie tylko gdy wieczór spędzać będę na mieście, gdyż to wtedy właśnie grille pojawiają się na chodnikach.

Uszczęśliwiona mięsem na patyku wróciłam do domu (nie bez przygód, bo, być może z powodu święta, a być może po prostu z powodu burdelu, jakim jest tutejsza komunikacja miejska, autobus udało mi się złapać dopiero po około pół godziny stania na przystanku - dwa, które przejechały w międzyczasie nawet nie otworzyły drzwi, takie były zatłoczone. O komunikacji miejskiej jednak kiedy indziej), gdzie z Przemkiem usiedliśmy sobie jeszcze na ławeczce na osiedlu i konsumując ostatnie ciasteczka popatrzyliśmy na księżyc, który w końcu wyłonił się zza chmur. 

czwartek, 15 września 2011, oldziekill

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: