Zapiski z rocznego pobytu w stolicy Yunnanu, Kunmingu.
Blog > Komentarze do wpisu

28-30.08.2011

Kolejny dzień w Kunmingu, tym razem zdecydowanie pozytywniejszy, choć bardzo męczący. Wieczorem umówiliśmy się, że budzimy się o 8:00 i zaczynamy intensywne załatwianie spraw. W internecie wyszukaliśmy kilka ofert mieszkań, które wydawały się zarówno fajne, jak i nie za drogie. Najbardziej spodobało nam się jedno za 1800 yuanów miesięcznie, w dzielnicy położonej blisko uczelni, ale wypisaliśmy jeszcze kilka ofert w jego pobliżu z zamiarem pojechania na ulicę, gdzie się mieściły i dzwonienia po agentach. Zanim jednak to nastąpiło, postanowiliśmy pojechać na lotnisko skontrolować, czy wiadomo cokolwiek na temat naszego bagażu. Po śniadaniu zjedzonym w małej budce specjalizującej się w kluskach i innych pierożkach ruszyliśmy na lotnisko, gdzie udało nam się dowiedzieć, że bagaż powinien być o 16:00. Jako że było jeszcze w miarę wcześnie, pojechaliśmy na Xiaokang Dadao (小康大道) i rozpoczęliśmy łowy. Pierwszy z agentów nie odbierał, z drugim, tym od mieszkania za 1800, udało nam się po drobnych perypetiach umówić. Powiedzieliśmy, gdzie jesteśmy i dwaj panowie podjechali po nas na skuterach i zabrali do biura. Po chwili szukania oferty, pan wziął nas do mieszkania - nie było to to samo, które widzieliśmy w internecie, ale warunki były podobne: salon w pełni umeblowany, kuchnia też, dwa małe pokoiki z materacem.

Tutaj dostrzegłam też pewną różnicę kulturową - nie wiem, czy to my mieliśmy pecha, czy Chińczycy nie zwracają na to uwagi, ale mieszkania, które oglądaliśmy były po prostu brudne, tak jakby wynajemcy w ogóle nie zależało na pierwszym wrażeniu. Nie jakiś tragiczny syf, ale jednak brudne podłogi, jakieś drobne śmieci na meblach, ogólnie mieszkanie do gruntownego pucowania po wprowadzeniu. Tak czy siak, braliśmy już pod uwagę wynajęcie tego mieszkania, kiedy na przeszkodzie stanęła kolejna różnica kulturowa - lub może wymóg dzielnicy, po której się obracaliśmy (ciężko powiedzieć, bo w innych dzielnicach nie szukaliśmy). Okazało się, że po prostu nie ma mieszkań, za które można płacić czynsz co miesiąc - należy zapłacić co najmniej za pół roku z góry, i to i tak zazwyczaj podnosiło cenę czynszu w stosunku do sytuacji, w której zapłaciłoby się za rok z góry. Ponadto, pan nie powiedział nam, że mieszkanie, do którego nas przyprowadził, choć jest z grubsza takie, jak to znalezione w internecie, kosztuje nie 1800, a 2000. Po pierwsze poczułam się oburzona faktem, że powiedział nam to dopiero pod koniec, a po drugie nie było szans, żebyśmy byli w stanie zapłacić 12000 yuanów z góry.

Okazało się jednak, że w tej okolicy różnych agencji oferujących mieszkań jest więcej niż czegokolwiek innego. Mniej więcej co piąta witryna zaprasza ofertami mieszkań, czy to do wynajęcia, czy do kupienia, a czasem agencje nawet ze sobą bezpośrednio sąsiadują. Nie oznacza to jednak, że łatwo nam było znaleźć coś w granicach naszych możliwości (przy założeniu, że zapłacić będziemy musieli za 6 miesięcy z góry). Po skomplikowanych operacjach matematycznych wyliczyliśmy, że 1500 miesięcznie to absolutne maksimum, które chcemy zapłacić, ale postanowiliśmy najpierw pytać o oferty w granicach 1100 yuanów, a potem ewentualnie iść w górę. Myślę, że złaziliśmy pół dzielnicy, czasem krążąc między dość oddalonymi od siebie agencjami, bo tu akurat pani już nie miała ofert, które nas interesowały, ale jej kolega miał (nie miał, wynajął komuś tuż przed naszym przyjściem).

Kiedy już byliśmy na granicy rezygnacji, a agencje na skraju godzin otwarcia, weszliśmy do jeszcze jednego biura. I oto! Jest kawalerka za 1000 yuanów, na strzeżonym osiedlu, z umeblowaną kuchnią i łazienką. Pokój w panelach, reszta w kaflach, ściany czyste. Mieszkanie jest na dziesiątym piętrze. Z korytarza wchodzi się do połączonego z pokojem korytarzyka, gdzie niemal pod samym sufitem wisi kilka szafek. Na lewo wchodzi się do łazienki. Nie jest ona duża, ale wszystko, co potrzebne jest. Drobną wadą jest fakt iż toaleta jest na modłę chińską - czyli dziura w podłodze. Pełni ona jednocześnie funkcję odpływu dla prysznica. Jakkolwiek jednak źle by to nie brzmiało, nie jest to coś, do czego nie możnaby się przyzwyczaić. Pokój jest, jak na mój gust, dosyć spory. Po drugiej jego stronie w stosunku do korytarza są szklane drzwi prowadzące na balkon - tak naprawdę trudno to nazwać balkonem, ale nie mam pomysłu, jak inaczej to pomieszczenie nazwać. Jest to przejściowy korytarz, z którego wchodzi się do kuchni i w którym znajduje się okno zajmujące większą część ściany. No a kuchnia jak kuchnia, szafki i zlew. Mieszkanie, podobnie jak poprzednie, zostawione było do poważnego wymycia, ale nie to było dla nas priorytetem. Poczekaliśmy sobie w biurze na właścicieli mieszkania, a po podpisaniu umowy (co najbardziej mnie zdziwiło, to fakt, że przy podpisaniu umowy trzeba było postawić odcisk palca na swoim nazwisku) pojechaliśmy jeszcze raz na lotnisko i już z bagażami się wprowadziliśmy.

Jako że wszystkie powierzchnie płaskie były bardzo zakurzone, a my nie mieliśmy łóżka, pierwszy wieczór spędziliśmy głównie na sprzątaniu łazienki oraz fragmentu pokoju, gdzie postanowiliśmy zrobić sobie prowizoryczne "łóżko" z ubrań i ręczników (było zbyt późno, by kupić materac, czy jakiś koc, pootwierane były już tylko pojedyncze sklepy). Noc spędzona na swetrach i kurtkach jakoś minęła, ale pierwszym co zrobiliśmy następnego dnia było wyruszenie na poszukiwania materaca i kołdry. Niestety, szybko okazało się, że żadne z nas nie ma wystarczającego słownictwa, żeby wytłumaczyć, czego dokładnie potrzebujemy, więc w sklepach z pościelą spędziliśmy sporo czasu, trochę opisując, trochę pokazując na migi, o co nam chodzi. Niemniej jednak wszędzie, gdzie byliśmy, słyszeliśmy, że rewelacyjnie mówimy po chińsku. Jedna z pań, kiedy tylko weszliśmy, stwierdziła "o, Rosjanie". Ja uważam, że to dlatego, że zapewne polski brzmi bardzo podobnie do ruskiego, zwłaszcza, gdy się żadnego z tych języków nie zna, Przemek mówi, że to na pewno przez moją urodę.

Jakkolwiek by nie było, udało nam się zdobyć materac, kołdrę i kocyk. Kupiliśmy też parę innych rzeczy, wymieniliśmy resztę dolarów (kolejne pół godziny spędzone w banku, ponieważ w Chinach, aby wymienić obcą walutę trzeba pójść do banku, koniecznie z paszportem, podać w zasadzie wszystkie możliwe dane i bardzo długo czekać, aż pani w okienku upora się z papierkową robotą), a potem, pokręciwszy się po okolicy, wróciliśmy na wieczór do mieszkania i kontynuowaliśmy sprzątanie. Tym razem łazienkę i pokój doprowadziliśmy do zupełnej czystości, częściowo urządziliśmy pokój (to znaczy rozłożyliśmy materac), ale znów zrobiło się późno i kuchnia z "balkonem" zostały na kolejne dni. Na razie jednak nie mieliśmy potrzeby korzystania z owych pomieszczeń, zwłaszcza, że nawet gdybyśmy mieli kaprys gotowania, to póki nie wpłynie stypendium nie mamy na czym - potem być może zakupimy kuchenkę elektryczną i jakąś małą lodówkę, ale na razie nie są to artykuły pierwszej potrzeby.

Trzeci dzień w naszym mieszkaniu spędziliśmy mało produktywnie, postanowiliśmy bowiem odpocząć po dwóch dniach biegania, jeżdżenia, załatwiania i sprzątania. Oglądaliśmy tylko seriale, a wieczorem poszliśmy na późny obiad - oboje, za moją sugestią, uraczyliśmy się huntun (馄饨 w Europie i USA znanymi z kantońskiego jako won-ton), czyli pływającymi w rosole pierożkami nadziewanymi mięsem. Na wieczór kupiliśmy też sobie po jednym piwie, z Harbinu, miasta, z którego pochodzi Pani Qin. Smakowało jak woda, ale niczego innego się nie spodziewałam. Na następny dzień zaplanowaliśmy znów załatwianie spraw - najważniejszą z nich jest zarejestrowanie się na uczelni, co wiąże się też z koniecznością znalezienia prowadzącej tam drogi. Poza tym, musimy też zarejestrować się na policji, załatwić sobie internet do mieszkania.

czwartek, 15 września 2011, oldziekill
Tagi: slice o'life

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: